Premiera w Teatrze Nowym Proxima. Immunitet artysty czy przemoc?
Zrobiliśmy tę sztukę, by przestać się bać. Nauczyć stawiać granice i dbać o swoje prawa – mówią Karolina Szczypek i Paweł Sablik, twórcy „Spektaklu dyplomowego, czyli kilku piosenek o przemocy w teatrze”, o jesiennej premierze Laboratorium Nowego Teatru przy Teatrze Nowym Proxima.
Marta Gruszecka: Przemoc w teatrze – odważny temat jak na spektakl dyplomowy.
Karolina Szczypek: Decyzję o nagłośnieniu zjawiska podjęliśmy po długoletnich obserwacjach tego, co dzieje się w teatrze. Studiujemy na akademiach teatralnych, asystujemy reżyserom, przychodzimy na próby, znamy środowisko. Dzięki temu doskonale wiemy, że polski teatr ma strukturę hierarchiczną i istnieje w nim duże przyzwolenie na tzw. immunitet artysty, który legitymizuje przemoc: werbalną, psychiczną, symboliczną i strukturalną.
Na czym to polega?
K.S.: Przykłady można mnożyć. To m.in. duże różnice w wynagrodzeniach między twórcami z wielkimi nazwiskami a osobami, które dopiero zaczynają; albo między kobietami a mężczyznami. To praca za grosze, ale za tzw. prestiż, który ma być furtką do kariery. Aż wreszcie mamy na myśli również przemoc werbalną, czyli wyzywanie aktorów na próbach, manipulowanie nimi czy straszenie.
A seksualną? W styczniu w krakowskim Teatrze Bagatela zawrzało, kiedy zatrudnione tam aktorki oskarżyły dyrektora Henryka Jacka Schoena o molestowanie. Głośna sprawa Bagateli dodała wam odwagi do poruszenia kamuflowanego tematu?
Paweł Sablik: Nie, przemoc seksualna w Bagateli nie ma z naszym spektaklem niczego wspólnego. Nie daliśmy sobie prawa, by opowiadać o czymś, co bezpośrednio nas nie dotknęło, zwłaszcza że mamy własne, równie trudne historie. Na scenie mówimy o tym, co sami przeżyliśmy.
K.S.: Temat spektaklu zgłaszałam do Laboratorium Nowego Teatru jeszcze przed nagłośnieniem molestowania w Bagateli. Ta historia bardzo nas poruszyła, ale ze względu na inne prywatne doświadczenia nie chcieliśmy, by grała u nas główną rolę. Przemoc seksualną jest nieco łatwiej nazwać. Poza tym są na nią konkretne paragrafy. Jeśli ktoś zgłosi molestowanie, sprawa powinna trafić do sądu i być procedowana. Sytuacje, o których opowiadamy, nazwaliśmy przemocą w białych rękawiczkach. Jest na nią ciche przyzwolenie, nikt przecież do niczego się nie przyzna, ani nikt tego nigdzie nie zgłosi.
Chyba że są dowody. Podałaś do sądu Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. O co poszło?
K.S.: Na II roku reżyserii na Akademii Teatralnej w Warszawie otrzymałam od ówczesnego dyrektora artystycznego tarnowskiego teatru, Marcina Hycnara, zaproszenie do zrealizowania spektaklu „Kto się boi Virginii Woolf?”. Na realizację tytułu miałam prawie dwa lata. W oparciu o podany przez teatr budżet zaproponowałam konkretne, ograniczające liczbę widzów o połowę rozwiązanie sceniczne, obsadę, umówiliśmy się również na kwotę wynagrodzenia. I zaczęłam pracę. W międzyczasie jedna z zaproszonych przeze mnie aktorek poinformowała, że musi na jakiś czas zrezygnować z prób. Zależało mi na tym, by to właśnie ona zagrała w moim dyplomie, dlatego przesunęłam zaplanowaną na połowę października 2019 roku premierę na później. Na przełomie roku dowiedziałam się, że mój dyplom jednak się nie odbędzie. Za przyczynę dyrektor Hycnar podał redukcję dotacji z urzędu miasta. Zostałam bez wynagrodzenia, nie zaproponowano mi też w zamian żadnej innej realizacji. Byłam bezradna, bo okazało się, że na najbliższe pół roku nie będę miała pieniędzy, by funkcjonować – młodzi twórcy, którzy dopiero zaczynają, nie dostają propozycji z dnia na dzień. Opisałam tę sytuację na Facebooku.
Jaki był odzew?
K.S.: Na początku dostałam duże wsparcie środowiska. Pisali do mnie nawet znani twórcy i radzili, by nagłośnić sprawę. Kiedy jednak odniósł się do niej dyrektor Hycnar i – wybierając tylko fragmenty z prywatnej korespondencji i przytaczając je na Facebooku – to mnie postawił w tak złym świetle, że stałam się niewidzialna. A do tego publicznie upokorzona i oskarżona o indolencję. Znajomi z uczelni przestali mi mówić „cześć”, a profesorowie odpowiadać „dzień dobry”. Środowisko Akademii Teatralnej w Warszawie próbowało mnie uciszyć, spotkałam się z niewyobrażalnym ostracyzmem społecznym. Dlatego zgłosiłam się z prośbą o pomoc do prawnika (poleciła mi go Alina Czyżewska, aktorka i działaczka społeczna), jesteśmy na etapie ostatnich poprawek pozwu przeciwko tarnowskiemu teatrowi.
Twój przypadek nie był jedynym. W Tarnowie w tym samym sezonie odwołano trzy inne premiery.
K.S.: Oficjalnym powodem podanym przez dyrekcję było wycofanie dotacji przez miasto. Dziwne, że pieniądze na nagle ogłoszoną premierę w reżyserii dyrektora artystycznego, a potem kolejnej pani dyrektor, która w czerwcu zastąpiła Hycnara na tym stanowisku, jakoś się znalazły… Takie sytuacje w teatrze są częste. Premiery odwołuje się na kilka dni przed pierwszą próbą, w ich trakcie albo po próbach generalnych. I kogo my, młodzi twórcy, mamy wtedy prosić o wsparcie w wyegzekwowaniu należnego nam za pracę wynagrodzenia? Często nie mamy jeszcze takiej pozycji w środowisku, by ktokolwiek chciał nam pomóc. Dlatego, w obawie o zarzuty o konfabulację czy zbyt dosadne przytoczenie przemocowych historii, nad naszym spektaklem również czuwał prawnik.
P.S.: Konsultowaliśmy nasze założenia twórcze z Piotrem Barczakiem, który ocenił ryzyko prawne naszego projektu oraz dokonał kolaudacji prawnej spektaklu. Oprócz działań artystycznych uruchomiliśmy również działania praktyczne i edukacyjne. Były nimi m.in. warsztaty antymobbingowe, które udało nam się zorganizować razem z Ogólnopolskim Stowarzyszeniem Antymobbingowym „OSA” przy okazji dyplomu. Każdy, kto po naszym spektaklu poczuł, że doświadczył podobnej sytuacji, przez cały czas może odezwać się do stowarzyszenia. Dzięki warsztatom mamy poczucie, że możemy realnie wpłynąć na temat, który poruszamy. Ponadto premierze towarzyszy podcast Meh-Teatr, w którym mówimy o tym, co dzieje się w teatrze, upubliczniamy rozmowy z kuluarów. Jeśli ktoś zechce podzielić się w nim swoją historią i opowiedzieć o tym, co go spotkało – zawsze jest u nas mile widziany. Planujemy też konkurs na esej o przemocy w teatrze. Obecny dyskurs teatralny jest bowiem pozbawiony jakiegokolwiek naukowego ujęcia tego tematu.
Na czym wam zależy najbardziej? Zachęceniu innych do podzielenia się swoimi doświadczeniami? Uzyskaniu wsparcia od środowiska?
P.S.: Chcielibyśmy, by dyrektorzy teatrów, którzy stosują przemocowe praktyki, zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Reżyserzy, którzy pracują w hierarchicznych układach, przeszli na układy horyzontalne, czyli zaczęli słuchać zdania swoich współpracowników i traktować ich na równi – zarówno w sferze ekonomicznej, jak i symbolicznej. Marzymy też o równych wynagrodzeniach dla wszystkich realizatorów, bez względu na płeć i to, czym się zajmują. Co będzie dalej? My działamy. Reszta zależy od tego, czy inni będą mieli tyle siły i odwagi, by opowiedzieć własną historię.
K.S.: Robimy tę sztukę po to, by przestać się bać. Nauczyć stawiać granice, mówić głośno „nie” i dbać o swoje prawa zagwarantowane w kodeksie prawnym, a na pewno etycznym.
„Spektakl dyplomowy, czyli kilka piosenek o przemocy w teatrze” powstał w ramach II edycji Laboratorium Nowego Teatru na deskach Teatru Nowego Proxima.
Molestowanie w Bagateli
W listopadzie 2019 roku dziewięć aktorek i pracownic krakowskiego Teatru Bagatela oskarżyło dyrektora Henryka Jacka Schoena o molestowanie. Kobiety napisały w tej sprawie list do prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego, opisując szczegółowo zachowanie przełożonego. Relacje pracownic Bagateli były wstrząsające – dyrektor obmacywał je, lizał po twarzy, wpychał język do ucha i opowiadał im obrzydliwe historie. Schoen wszystkiego się wyparł, jednak relacje kilku aktorek z Bagateli, do których lawinowo zaczęły dołączać kolejne kobiety (w sumie 15), były niepodważalne. Dyrektor został zwolniony z funkcji, a prokuratura postawiła mu zarzuty molestowania i mobbingu pracownic teatru.
„Kazik, ja tylko żartowałem” w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie: jego ból nie jest większy niż nasz.
Kazik zaśpiewał o bólu swoim, naszym, a przede wszystkim prezesa Kaczyńskiego. Jego kolega, Staszek, mówi i wyśpiewuje ból pokoleń. O frustracjach, którym na imię Polska, opowiada najnowszy spektakl Piotra Siekluckiego, „Kazik, ja tylko żartowałem”. Lider Kultu cały czas się w nim przewija. Duchem.
Biografia Kazika Staszewskiego, któremu szefostwo radiowej Trójki zrobiło darmową reklamę nieudolną próbą bojkotu, mogłaby posłużyć za materiał na niejedno przedstawienie. Ale choć słychać tu największe przeboje Kultu, a podtytuł „historia człowieka, który był jak Polska” jak ulał pasuje do legendy rodzimego rocka, zamiast biografii dostajemy społeczny manifest. Opowiedziany przez fikcyjnego kolegę, a trochę konkurenta i alter ego (Staszek od Staszewski?) nieobecnego na scenie Kazika. Na pierwszy rzut oka łączy ich wkur****ie na komunę. Dzieli liczba fanów. Kazikowi się udaje. Staszek zazdrości, bo jemu trochę mniej.
„Kazik, ja tylko żartowałem” w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie: o polskiej wódce i polskim wstydzie
„Kazik, ja tylko żartowałem”, według dramatu Ziemowita Szczerka (wcześniej z sukcesem wystawiono w Nowym jego „Wiedźmina. Turbolechitę” z Juliuszem Chrząstowskim), przeprowadza nas przez szarą Polskę lat 80. i 90., aż do kolorowej współczesności. I tak tłem dla piosenek Kultu („Arahja”, „Polska”, „Do Ani”), ale też Budki Suflera („Jolka, Jolka”), Maanamu („Krakowski spleen”) czy Big Cyca („Berlin Zachodni”) jest opowieść o tęsknocie za kapitalizmem (a później o rozczarowaniu nim), nadziejach pokładanych w Solidarności i Wałęsie, oraz pierwszych wolnych wyborach. Ale nie tylko. Jest też o polskich weselach, polskiej wódce i polskiej zakąsce. A przede wszystkim o polskich kompleksach.
Staszek, grany przez dyrektora i reżysera Piotra Siekluckiego, nie wylewa za kołnierz, jak na prawdziwego rockmana przystało. Marzy o karierze. Gdy na rynku robi się gęsto od rozchwytywanych kapel, zakłada zespół z czterema Marcinami (świetni muzycy pod kierownictwem Pawła Harańczyka). W typowym PRL-owskim mieszkaniu z meblościanką (scenografia i kostiumy Łukasza Błażejewskiego) relacjonuje wyjazdy na „jumę” do Niemiec (bo „okraść Niemca to nie grzech”), handlowanie przegranymi kasetami, albo poznanie ukochanej Mariolki (Katarzyna Chlebny), z którą będą tworzyć muzyczny duet.
Koncepcja Szczerka i Siekluckiego, w którą tak mocno zostaje wplątany tytułowy Kazik, w pierwszej chwili budzi lekką konsternację. Czy historii przemian nie mógłby opowiedzieć wywołany do odpowiedzi muzyk, a nie jego fikcyjny naśladowca? Dlaczego, jeśli zamiast Kazika dostajemy Staszka, to śpiewa on wyłącznie numery swoich znanych kolegów? Umowność „Kazik, ja tylko powiedziałem” jest zapewne podyktowana chęcią uniwersalizacji bohatera, próbą opowiedzenia o frustracjach i lękach typowego Polaka. Spektakl wymaga, byśmy uwierzyli, że stworzony z mitów i stereotypów wąsacz, o którym nikt nie słyszał, to polski every man. Z nim, jak zdają się sugerować twórcy, najłatwiej jest się pośmiać i popłakać nad wspólnym losem. I zanucić przeboje, z których powinniśmy być dumni.
„Kazik, ja tylko żartowałem” sprawdza się jako rockowa, sentymentalnie łapiąca za serca, narodowa ballada o wypieraniu kultury ludowej w imię mitycznego Zachodu. Ballada czasem naiwna, przewidywalna, moralizatorska i nazbyt powierzchowna, ale czuła i szczera. Tą szczerością spektakl, któremu szczęśliwie udaje się być nie tylko koncertem z dopisanymi monologami, wygrywa. I wykonaniem! Piotr Sieklucki jako Staszek szarżuje na bardzo cienkiej granicy, ale potrafi być w tym przerysowaniu naprawdę rozkoszny. Naśladuje mistrzów polskiej piosenki, dorównując im głosem. Kolejny raz swojej charyzmy dowodzi też Katarzyna Chlebny. Nie ma wątpliwości wobec słuszności wyboru jej do roli Ewy Demarczyk (przedstawienie na scenie Nowego w grudniu).
Nie wiem, czy ten wspólnotowy, muzyczny powrót do przeszłości może ukoić narodowy ból. Ale nawet jeśli jest plastrem tylko na jedną ranę, to wszystkim wyjdzie na zdrowie, gdy Polska, o której śpiewa Kazik, będzie bolała choć trochę mniej.
Gazeta Wyborcza. Witold Mrozek
„Kazik, ja tylko żartowałem” Ziemowita Szczerka w reż. Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie. Pisze Witold Mrozek w Gazecie Wyborczej.
Ziemowit Szczerek i Piotr Sieklucki zrobili spektakl z Kazikiem w tytule i piosenkami Kazika na scenie. Tak próbują opowiedzieć ostatnie cztery dekady historii Polski.
Najpierw dobra wiadomość. Piotr Sieklucki, reżyser i odtwórca głównej roli w „Kazik, ja tylko żartowałem”, umie śpiewać – i to całkiem dobrze, z aktorskim zacięciem. Nieważne, czy robi akurat Krzysztofa Cugowskiego, czy Kazika Staszewskiego albo Krzysztofa Skibę. Sieklucki w przerwie między graniem, reżyserowaniem i dyrektorowaniem Teatrem Nowym Proxima mógłby pójść spokojnie do „Twoja twarz brzmi znajomo”, programu, w którym chodzi o wierne odwzorowanie znanego artysty estrady. Na scenie towarzyszy mu czwórka brawurowych muzyków grających na żywo i gdzieś od połowy przedstawienia – śpiewająca Katarzyna Chlebny.
Sieklucki wciela się w fikcyjną postać Staszka – kolegę (alter ego?) Kazika, zawsze w jego cieniu, który próbuje szczęścia z własnym zespołem, przechodzi kolejne dole i niedole Polski lat 80., 90. i XXI wieku. Handluje czymkolwiek w Berlinie Zachodnim, pirackimi kasetami pod Pałacem Kultury, gra na weselach, wreszcie – zostaje artystą disco polo i staje się wielką gwiazdą PiS-owskiej Polski.
Sieklucki swój spektakl komentował tak: „To sentymentalna, ale mocno gorzka historia człowieka, (…) którego zdusił Balcerowicz, dojechali postkomuniści, a na końcu wyszydził Wałęsa. Spektakl jest historią człowieka, który był jak Polska”.
Spektakl jak felieton
Trochę ogólne? Tak właśnie będzie. W „Kazik, ja tylko żartowałem” napisana historia jest mocno pretekstowa, ma umożliwiać w miarę płynne przechodzenie od kawałka do kawałka. Jakby Sieklucki i Szczerek nie wiedzieli, na ile tworzyć na scenie postać, na ile po prostu zrobić w teatrze koncert i komentować to, co się śpiewa.
Sceniczny Staszek nie jest postacią, choć postać udaje – jest zlepkiem poglądów i bon motów publicysty, politologa i prozaika Ziemowita Szczerka. Jego uczucia, wspomnienia i relacje z innymi ludźmi są tylko retorycznym pretekstem do wygłaszania kolejnych sentencji. Nieważne, czy chodzi o wspomnienia o Kaziku, surowym wiejskim wuju Kazimierzu, co wsi nienawidził, czy o żonę Mariolkę.
I jeśli jakimś trafem to nasze pierwsze spotkanie ze szczerkową myślą, to może być nawet ciekawie. Gorzej, jeśli twórczość publicystyczną Szczerka już znamy. Wtedy można mieć wrażenie, że na dwie godziny utknęliśmy, np. w przedziale kolejowym, z lubiącym wielokrotnie wypowiadać swoje bon moty i poglądy publicystą. Tekst „Kazik, ja tylko żartowałem” to mocno za długi felieton z przerwami na piosenki i dość topornie wstawianymi cytatami z twórczości tytułowego artysty.
Sceniczny felieton, jak zawsze u Szczerka, jest o tym, jak to czujemy się bardziej z Zachodu niż ze Wschodu, jak to obecne zmiany polityczne są konsekwencją wypierania ludowej kultury, ludowych oczekiwań, w ogóle ludu i ludowości; a jak to zarazem idealizacja ludu głupia jest i naiwna; no i jak to po upadku komuny i mitu walki o wolność znaleźliśmy się w aksjologicznej próżni. Brzmi to nieraz słusznie, gorzko, choć i nieco banalnie i powierzchownie.
Od Wiedźmina do Kazika
To nie pierwsza współpraca Szczerka z Siekluckim i krakowskim Teatrem Nowym Proxima. „Wiedźmin. Turbolechita” z 2019 r. był jednak bardziej udany. W spektaklu, w którym Juliusz Chrząstowski wcielał się w bohatera słynnej sagi, współczesne wątki polityczne były przekładane na realia fantasy. Działała zabawa z gatunkiem, kultową – nomen omen – postacią z prozy Sapkowskiego, która już jest gotowa i z którą można podjąć grę, odbić się od niej.
W „Kaziku”, o dziwo, jakby zabrakło wyjściowego materiału. Może dlatego, że Szczerek z Kazikiem i jego piosenkami się nie kłóci – nie bierze ich pod włos, tylko znajduje w nich albo retoryczne potwierdzenie dla własnych wywodów, albo scenki rodzajowe z historii najnowszej. I może taki był ironiczny pomysł Szczerka i Siekluckiego – stworzyć postać męczącego wuja banalizującego wszystko, czego się dotknie. Tego pomysłu jest zdecydowanie za mało na dwie godziny przedstawienia.
Nawet jeśli publicystyka Szczerka chrzęści między zębami, zostają jednak złote przeboje. I publiczność Nowego je kupuje. Klasyk Kazik jest coverowany w teatrze jak Édith Piaf, Kaczmarski, Grechuta czy własny ojciec Stanisław – powracający bohaterowie teatralno-muzycznych wieczorów.
I to może jest jakiś znak czasów – być aż tak bardzo oklepanym klasykiem, a jednocześnie wywołać tak wielki polityczny skandal, jak Kazik całkiem niedawno w Trójce, to w sumie niezła sztuka.
TEATR DLA WSZYSTKICH. PIOTR GASZCZYŃSKI
Sezon 2020/2021 w krakowskim Teatrze Nowym Proxima rozpoczął się od mocnego uderzenia. Kazik, ja tylko żartowałem to słodko-gorzka podróż w przeszłość, okraszona muzyką Kultu (i nie tylko!) wykonywaną na żywo. Opowieść, snująca się ze sceny, obejmuje ostatnie cztery dekady przemian w naszym kraju. A jak pokazuje spektakl, zmieniło się jednocześnie wszystko i nic.
Akcja przedstawienia rozgrywa się w jednym pomieszczeniu – to tzw. duży pokój, znany wszystkim mieszkańcom blokowisk, którzy urodzili się najpóźniej w latach 80. ubiegłego wieku. Z nieśmiertelną meblościanką i burym tapczanem jest niczym wyrwa w czasoprzestrzeni. Z perspektywy widowni ma się wrażenie, jak gdyby patrzyło się przez wizjer (znany też jako Judasz) na przybyszów z przeszłości. A patrzeć jest na kogo – Piotr Sieklucki jako Stanisław, kolega Kazika Staszewskiego, któremu nie dane było zrobić kariery muzycznej, prezentuje szeroki wachlarz aktorskich możliwości jednocześnie bawiąc, irytując i wzruszając widzów. Jeżeli do tego dołożymy świetnie zaśpiewane rockowe przeboje (Jolka, Jolka cudna!) to mamy swoiste One Man Show.
Razem ze Staszkiem zanurzamy się w przeszłość, do szarych bloków, strajków, wyjazdów „na saksy”, przemian gospodarczych i politycznych. W osobie prostego chłopaka, który razem z kapelą grywa po weselach, Wielka Historia zderza się po prostu z historią, tą codzienną, anonimową, z którą musiały mierzyć się miliony ludzi, takich jak główny bohater spektaklu. Akcja przedstawienia, budowana w bardzo konsekwentny sposób przez swego rodzaju samozwańczego porte parole Kazika Staszewskiego, polegała na łączeniu faktów historycznych z konkretnymi utworami w polskiej muzyce. Dzięki temu, z jednej strony przedstawiany na scenie świat zyskiwał drugie życie, z drugiej zaś można było sobie przypomnieć, że muzyka a zwłaszcza teksty piosenek miały kiedyś głębsze przesłanie, coś znaczyły. Tu należy wspomnieć o świetnych muzykach, dzięki którym utwory Kultu i innych zespołów dostały drugie życie. Aranżacje stworzone przez Marcina, Marcina, Marcina i Marcina stanowiły energetyczną podbudowę spektaklu.
O ile mroczne czasy lat 80. PRL-u czy okres przełomu 89’ można przedstawić jako Greatest Hits polskiego rocka, o tyle im później, tym już tylko gorzej. Wraz z nastaniem nowego ustroju Stanisław zakłada rodzinę z Mariolą (Katarzyna Chlebny). Sytuacja finansowa zmusza muzyka do szukania nowych form zarobku. Najbardziej dochodowy okazuje się być zespół disco polo (urocze wykonanie „Białego Misia”). Oglądając Stanisława z Mariolą w cekinowych strojach chce się zacisnąć pięści i krzyknąć „A to Polska właśnie!”. Kontynuując opowiadanie historii naszego kraju, przemian społecznych za pomocą muzyki, spektakl dociera do granicy. Dalej jest już przepaść. I nie chodzi tu o sam „rock ludowy”, jak nazywają disco polo bohaterowie (wszak każdy gatunek muzyczny ma prawo istnieć i mieć swoich fanów), a o jego rangę np. poprzez ekspansję w telewizji publicznej, która za swój cel i misję, powinna mieć promowanie kultury wyższej, ambitniejszej, kreować gusta a nie je spłaszczać. Koniec spektaklu to smutna konstatacja na temat tego, że discopolonizujące się społeczeństwo coraz bardziej tkwi w intelektualnym marazmie, ku uciesze decydentów z ulicy Wiejskiej. Dlatego też finałowa Polska Kultu, napisana wiele lat temu, brzmi niepokojąco aktualnie.
Gazeta Wyborcza. Marta Gruszecka
„Kazik, ja tylko żartowałem” Ziemowita Szczerka w reż. Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie. Pisze Marta Gruszecka w Gazecie Wyborczej – Kraków.
Jest o absurdach władzy, „jumaniu” z Reichu i Wałęsie. Teatr Nowy Proxima na początek jesiennego sezonu artystycznego zabrał widzów w nostalgiczną podróż do lat 70. i 80.
„Kazik, ja tylko żartowałem” Ziemowita Szczerka to muzyczny manifest pokolenia wychowanego w PRL-u.
O Kaziku Staszewskim było w ostatnim czasie głośno za sprawą piosenki „Twój ból jest lepszy niż mój”, która nawiązywała do wizyty Jarosława Kaczyńskiego na Powązkach w czasie, kiedy cała Polska siedziała w domu, a na zewnątrz wychodziła w maseczkach. Prezes PiS wybrał się na warszawski cmentarz 10 kwietnia, by uczcić rocznicę smoleńską. Maseczki nie miał. Wizyta Kaczyńskiego była negatywnie komentowana przez opozycję, ale też ludzi nauki i artystów. Kazika Staszewskiego, lidera zespołu Kult, zbulwersowała na tyle, że postanowił napisać o tym piosenkę.
„Cztery lata temu 10 kwietnia, Marii prosto pod koła córka uciekła, Maria nie przekroczy bramy dziś tej, bo Twój ból jest lepszy niż jej, Twój ból jest lepszy niż jej” – śpiewa artysta. Słuchacze Programu 3 Polskiego Radia docenili utwór tak bardzo, że swoimi głosami zapewnili mu pierwsze miejsce na liście przebojów Trójki. Kontrolowana przez machinę PiS rozgłośnia postanowiła jednak notowanie unieważnić, a Marka Niedźwieckiego, legendarnego twórcę listy, posądzić o manipulację. Razem z Niedźwieckim z Trójki solidarnie odeszła wówczas większość dziennikarzy.
Kolega Kazika
Sztukę „Kazik, ja tylko żartowałem” napisał Ziemowit Szczerek. Jego poczucie humoru połączone z ironią Piotra Siekluckiego, dyrektora teatru, reżysera spektaklu i aktora obsadzonego w głównej roli, mogło sugerować widzowi, że będzie to spektakl wyrazisty, wulgarny i rubaszny, ale momentami nieco przesadzony.
„Kazik…” okazał się sztuką łebsko komentującą to, co działo się w Polsce na przełomie lat 70. i 80., jak i bieżące bolączki. Narratorem spektaklu jest Staszek, przedstawiający się jako kolega Kazika Staszewskiego. Poznajemy go jako młodego akordeonistę z ambicjami podbicia sceny muzycznej. Bo skoro Kazikowi się udało, to dlaczego równie zdolny Staszek miałby ponieść porażkę? Chłopak zakłada zespół, do którego zaprasza czterech muzyków i każdy z nich ma na imię Marcin (to gag, który bawi przez całe przedstawienie). Z perspektywy niespełnionego muzyka zaczyna opowieść o dorastaniu na osiedlu w mieszkaniu z meblościanką, wyjazdach na „jumę” do Niemiec, którą usprawiedliwia jak wszyscy niegdysiejsi „jumacze” („okraść Niemca – to nie grzech!”), marzeniach o kapitalizmie, pierwszych wolnych wyborach, solidarnościowych nadziejach oraz rozczarowaniu Lechem Wałęsą i przez historię Polski w XXI wieku dochodzi do tego, co tu i teraz.
Czterdziestolatków dopadną wspomnienia
Tłem obłędnego monologu Staszka (bo i humor na poziomie, a i aluzji do władzy oraz poprawności i niepoprawności politycznej nie zabraknie) są piosenki, na których wychowały się co najmniej dwa pokolenia. Sieklucki śpiewa utwory Kultu, ale też „Jolkę, Jolkę” czy „Berlin Zachodni” Big Cyca, i jest w tych piosenkach świetny. Głos potężny, kiedy trzeba zmanierowany, a twarz dyrektor ma tak mimiczną i przyciągającą uwagę, że może śmiało konkurować z prezydentem Andrzejem Dudą na internetowe memy. Sieklucki ma też drugą poważną konkurencję, tym razem wokalną. Katarzynę Chlebny, czyli sceniczną żonę Staszka – Mariolę, poznajemy w piosence „Do Ani”. Potem rzucamy jej czapki z głów głównie za „Krakowski spleen”, lepimy z nią pierogi, przeżywamy porzucenie kariery muzycznej (bo Mariola dołącza do zespołu Staszka oraz Marcinów) na rzecz wychowania dziecka, a w finale widzimy, jak nie godzi się, by zakończyć spektakl „Białym misiem”. Pokolenie urodzonych w latach 60. i starsze będzie czuło nostalgię, oglądając „Kazika…”. Czterdziestolatków dopadną wspomnienia połączone z ulgą, że „to se ne vrati”. A roczniki urodzone na początku lat 90. obejrzą spektakl z ciekawością i poczuciem, że przyszli na świat w przełomowym czasie. Spektakl „Kazik, ja tylko żartowałem” obejrzymy w Teatrze Nowym Proxima (Krakowska 41) w dniach 18–20 września o godz. 19.15. Bilety w cenie 80 zł.
4 września na deskach teatru Nowego Proxima premiera spektaklu „Kazik, ja tylko żartowałem. Historia człowieka, który był jak Polska”. To muzyczna opowieść o Polsce lat 80. i 90., transformacji, Solidarności, Wałęsie, a także narodzinach gwiazd rodzimej sceny rockowej. Pretekstem do podróży w czasie są utwory Kultu i Kazika Staszewskiego.
Pierwotnie „Kazik, ja tylko żartowałem” miał być spektaklem o samym Kaziku Staszewskim i zespole Kult, których muzyczne początki sięgają drugiej połowy lat 80.
– Pierwszy scenariusz powstał w dużej mierze na podstawie felietonów Kazika i stał się mocno biograficzny i ostatecznie artysta nie wyraził na niego zgody – wyjaśnia Piotr Sieklucki, reżyser spektaklu „Kazik, ja tylko żartowałem”.
W takim kształcie spektaklu, jaki pojawi się na deskach Nowego, Kult stanowi jedynie pretekst do szerszej opowieści o Polsce w czasach transformacji, o Solidarności, Wałęsie, emigracjach zarobkowych, a także rodzących się w tym czasie muzycznych grupach rockowych i punkowych.
– Bohaterem jest akordeonista i jego kapela, którzy robili karierę równolegle z Kazikiem i Kultem. To wyimaginowana grupa muzyczna, której w latach 80. i 90. kompletnie nie szło, ponieważ trudno było żyć z koncertów i wydawania płyt i kaset. Pojawią się oczywiście wątki z tamtego okresu związane z muzyką, czyli fonograficznych złodziei, historii muzyków i ich romansów z polityką. To opowieść pełna żalu i zazdrości w oprawie muzycznej piosenek Kultu i Kazika Staszewskiego. Sam pomysł spektaklu wyrósł z mojej fascynacji Kazikiem i zespołem, wychowałem się na tych piosenkach – mówi Piotr Sieklucki.
Autorem dramatu „Kazik, ja tylko żartowałem. Historia człowieka, który był jak Polska” jest Ziemowit Szczerek, laureat Paszportu Polityki, finalista Nagrody Literackiej Nike oraz Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”. Szczerek to również autor innego hitowego spektaklu Teatru Nowego Proxima, „Wiedźmin. Turbolechita”, który także znalazł się w jesiennym repertuarze teatru przy ul. Krakowskiej.
Premiera spektaklu „Kazik, ja tylko żartowałem” 4 września.
– Przy okazji tej premiery otwieramy oficjalnie naszą drugą scenę, czyli „Berlin”. Na początek odbędzie się niewielki koncert utworów Kurta Cobaina w wykonaniu Dominika Rybiałka. Będzie to przedsmak tego, co chcieliśmy kiedyś o tym artyście zrobić – zapowiada dyrektor Nowego, Piotr Sieklucki. – Chcemy, by „Berlin” był miejscem bez cenzury, miejscem totalnej wolności oraz twórczej aktywności. Tu nikt, poza publicznością, nie będzie działa artysty oceniał. Chcemy także, by po spektaklu ludzie bawili się tu do rana.
Sezon na scenie „Berlin” zainauguruje „Rewia DQ”, repertuar małej sceny Teatru Nowego Proxima zasili grupa ImproKRK, Teatr OdRuchu ze spektaklem „Po drugiej stronie Wisły”, Drag Queen w rewii „My way, my dream, my life”.
– Chcieliśmy także wrócić do starych, legendarnych spektakli teatru, które powstawały na ul. Gazowej, na scenie „Berlin” warunki są podobne, widownię stanowią zresztą nasze stare czerwone fotele z Gazowej. Pokażemy „Lubiewo”, spektakl „Wysocki. Powrót do ZSRR”, z nowości opowieść Tomasza Schimscheinera i Sławomira Chwastowskiego o legendzie grupy Guns N’ Roses i „Mury” Janusza Marchwińskiego z piosenkami Jacka Kaczmarskiego – zapowiada dyrektor Nowego.
Od sierpniowych wydarzeń mija 40 lat. To był początek rodzącego się politycznego ruchu „solidarności”, który przez kolejne 30 lat targany burzami pieniactwa trawił naszą wrażliwość, empatię, a czasem honor. Z ducha Solidarności, zdawało się korzystała także legendarna grupa muzyczna „Kult”, której założycielami byli Piotr Wieteska i Kazik Staszewski. I choć pierwsza oficjalna płyta Kultu przypada na rok 1987, to z pewnością autorskie słowa Staszewskiego w niej płynące przesiąknięte były ideą wolności i walki z komunistycznymi siłami Polski. Tak by oczywiście mogło się wydawać, bo o dziwo nijak nie mogę zrozumieć tego, że Kazik Staszewski w wyborach w czerwcu 1989 roku swój krzyżyk postawił na kandydatów z ramienia komuny. Całe szczęście krzyżyk im na drogę postawiła Polska.
Ta sama jednak Polska po paru latach krzyż na drogę wystawiła dzieciom swojej rewolucji, czyli rodzicom dzisiejszych czterdziestolatków.
W czerwcu 1989 miałem 9 lat. W komisji wyborczej z plakietką Solidarności w mojej wrocławskiej Szkole Podstawowej nr 113 siedział Tata. O co się rozchodzi i w czym rzecz- kompletnie nie rozumiałem, ale byłem dumny z tej jego plakietki. Nie minęło parę lat, a sam stał się ofiarą Solidarności, Wałęsy, Balcerowicza. Oboje z mamą, która pracowała jako bibliotekarka w wielkiej jak świat bibliotece zakładów rolniczych „Pilmet”, w wyniku reform które miały przywrócić ład i sprawiedliwość, stracili prace. Tata, ceniony konstruktor i kreślarz w tymże samym zakładzie „Pilmet”, wyjeżdżał więc na szparagi do Szwecji, a mama opiekować się staruszkami germankami do Niemiec zachodnich. Szalejąca do 1995 roku inflacja zjadała ich marzenia o lepszej Polsce, wolnej od komunistów i bandytów.
Komuniści i bandyci rozpasali się wtedy na dobre również i w branży muzycznej. Pirackie kasety, później błyszczące krążki można było nabyć na każdym bazarze w każdym najmniejszym mieście Polski. Utrzymać się z wydawania płyt i kaset nie było więc możliwe. Kazik próbował swoich sił na robotach budowlanych, ale wygrywał ostatecznie pusty garnek pełen muzyki. Sam jako 15 letni chłopak wszystkie kasety Kultu i Kazika jakie kupowałem były piratami. Co prawda przyszła później moda na hologramy, ale zdarzało się kupić kasetę Kazika „Spalam się” z okładką pyty Depeche Mode.
Jako gówniarz z bloku z kanalizacją, windą i zsypem aż do 10 piętra, na pierwszym przywiezionym walkmanie za ciężkie szparagowe pieniądze taty, słuchałem Kazika i Kultu. Miłość moja rosła. Jako 15 latek zacząłem nawet rozumieć coś z polityki, ale nie rozumiem kompletnie do dziś, czemu cieszyłem się z przegranej Wałęsy w 1995. Kazik miał rację? Słuchając piosenki Kultu „Hej, czy nie wiecie nie macie władzy na świecie” widziałem jak te władzę tracą ci, którzy wepchnęli moich starych na przymusowe emigracje geriatryczno-szparagowe mejd in Słidisz end Dżerman.
Za kilka dni odbędzie się premiera Teatru Nowego Proxima „Kazik, ja tylko żartowałem” o Polsce lat 80. i 90. z piosenkami na żywo legendarnej grupy Kult. Będzie to sentymentalna, ale mocno gorzka historia człowieka, któremu nie wyszło, którego zdusił Balcerowicz, dojechali postkomuniści, a na końcu wyszydził Wałęsa. Spektakl jest historią człowieka, który był jak Polska. Polska w nim rosła kiedy wychodziła na ulice rzucać kamieniami w ZOMO; Polska pokładała w nim nadzieję kiedy szła na czerwcowe `89 wybory, ale ta sama Polska okradała go w latach 90., by na końcu rechotem wyszydzić tę chamską hołotę. Gorszy sort człowieka.
Spektakl jest historią mamy i taty dzisiejszych czterdziestolatków. Spektakl opowiedziany piosenkami i muzyką legendarnych grup muzycznych epoki Solidarności, jest gorzką opowieścią o triumfującym dziś muzycznym szicie na pasku TVP i Polsat.
Ten wyszydzany i dławiony dawno Biały Miś, co przypomni przypomni kiedyś Ci, strzelił Polskę w ryj i zatriumfował. Bo ten Biały Miś zygzakiem weselnego pytona, uwielbiającego szampana i jak to białe misie Zakopane, doczołgał się do listy przebojów numer Polska!
Tęsknie więc do późnych lat 90. Tęsknię do muzyki Kultu, Maanamu, Perfectu, Lady Punk… Z tęsknoty tej pojawiają się sceniczne wybory repertuaru Teatru Nowego Proxima, stąd „Kazik, ja tylko żartowałem”. Upomnę się w nim od Lecha Wałęsy tych 100 milionów, które obiecał kiedyś mamie i tacie.
Zapada zmierzch, pora spać – a ja nie chcę jeszcze spać, mamo, tato! Jeszcze chwila z ulubionymi zabawkami, jeszcze jedna gra z przyjaciółmi i rodzeństwem – tak trudno pożegnać dzień, wypełniony atrakcjami, emocjami i ruchem. Wielu z nas pamięta z dzieciństwa to wieczorne, niechętne rozstawanie się z dniem. Ja odwrotnie, pamiętam, że zaganianie do łóżka było zapowiedzią wspaniałego, wyczekanego, ulubionego czytania do poduszki. Przynosiłam swoje ukochane książeczki z serii „Poczytaj mi mamo” i zamieniałam się w słuch, kiedy czytali rodzice. Otwierały się przede mną światy wypełnione kolorami, postaciami, przygodami, płynnie przenoszące w krainę snu. Moi kochający książki rodzice wiedzieli, że to jeden z największych darów i najlepsza inwestycja na przyszłość – zarazić swoje dzieci dobrym bakcylem czytania. Lektury przed zaśnięciem smakowały tak bardzo, że do nauki literek nie trzeba mnie było nakłaniać. Już nie musiałam czekać na dorosłych, żeby czytali i mogłam sama zaprzyjaźniać się z bohaterami książek, wyobrażać sobie, że jestem z nimi, przeżywać ich przygody, zagłębiać w tajemniczy i niezwykły świat.
Czytanie stało się moją ulubioną rozrywką: razem z Nilsem z „Cudownej podróży“ Salmy Lagerlöf frunęłam ze stadem dzikich gęsi nad Szwecją, dzieliłam troski i radości postaci z bajek braci Grimm i Andersena, oblizywałam się na myśl o Daktylach z wiersza Danuty Wawiłow, oglądałam świat zza krzaczka z Kaczką Dziwaczką Jana Brzechwy, zwiedzałam podwórko z kotem Filemonem z bajek Sławomira Grabowskiego i Marka Nejmana, śmiałam ze strachliwego Stefka Burczymuchy Marii Konopnickiej, i jak Pan Maluśkiewicz u Juliana Tuwima w łupince orzecha płynęłam na spotkanie z wielorybem. Moje dziecinne książeczki od ciągłego czytania były już postrzępione na rogach, a ja zaczęłam wyrastać z bajkowego świata. Przyszedł czas na książki Astrid Lindgren, Edmunda Niziurskiego, Zbigniewa Nienackiego, Alfreda Szklarskiego, podsycające zew przygody, zwłaszcza w okresie, kiedy razem z chłopakami z sąsiedztwa wspinałam się po drzewach i bawiłam w podchody w okolicznych lasach. Wszyscy w domu kochaliśmy komiksy Janusza Christy o Kajku i Kokoszu, Papcia Chmiela o Tytusie, Romku i Atomku, ale także słynną serię o Thorgalu Grzegorza Rosińskiego i Jeana Van Hamma, które wędrowały pomiędzy naszymi pokojami. W mojej biblioteczce nie zabrakło też „Ani z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery, Marii Krüger z „Godziną pąsowej róży” i wielotomowej Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz, której kolejne odcinki wyrywałyśmy sobie z siostrami z rąk, aż rodzice zaczęli kupować po trzy egzemplarze – tak, żeby każda z nas kompletowała własną serię. Ale to już o książkach dla nastolatek i nastolatków, więc wróćmy do literatury dla dzieci.
Dzisiaj bogactwo i wybór książek dla dzieci oszałamia – wspaniałe historie, kolory i kształty, a nawet dźwięki – współczesne formy książek dla dzieci to pozycje dotykowe, z wypukłymi ilustracjami czy przyciskami dźwiękowymi, a także trójwymiarowe obrazki ukazujące się po otwarciu strony. Wizualno-przestrzenne elementy pozwalają dzieciom śledzić kolejność wydarzeń i rozeznać się w akcji oraz relacjach między bohaterami. Dziecięca literatura zaprasza obietnicą nieskrępowanej zabawy, fascynującej przygody, wciąga w barwne i ciekawe światy, których granice wyznacza tylko wyobraźnia czytelnika, tego najmłodszego, któremu się czyta i tego, który już sam składa litery. Zanim jednak młody czytelnik się usamodzielni i dokona własnych wyborów książkowych, na dorosłych spoczywa odpowiedzialność za przewodnictwo w tym przepastnym świecie, za podsuwanie dobrych i mądrych pozycji, za rozbudzanie miłości do literatury, za podsycanie ciekawości świata i, co równie istotne, za kształtowanie poczucia estetyki za pomocą pięknie zilustrowanych i napisanych książki. A jest w czym wybierać – od przeznaczonych dla niemowląt od 0-3 miesięcy z serii „Raz-Dwa-Trzy” czy „Dobra książeczka”, przez wszystkie kategorie wiekowe, wśród których niesłabnącą popularnością cieszą się książki m.in. Joanny Olech („Dynastia Miziołków” czy smok Pompon), Grzegorza Kasdepke (przygody Bodzia i Pulpeta czy detektywa Pozytywki), Aleksandry i Daniela Mizielińskich (słynne „Mapy”!), Barbary Gawryluk historie psa Dżoka i innych psich bohaterów, seria o ryjówce Florce Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel czy Adama Wajraka fascynujące opowieści o zwierzętach. Nie sposób wymienić wszystkich wspaniałych pisarek i pisarzy dla dzieci, ani wskazać najlepszych pozycji, ale książki dla najmłodszych warto wybierać kierując się poczuciem estetyki (a nietrudno znaleźć małe dzieła sztuki wśród książek dla dzieci, które uwodzą pięknem, różnorodnością, zadziwiają, pobudzają ciekawość, wyobraźnię i chęć do działania), jakością języka (tu warto sięgać po utwory współczesne jak i klasykę), doborem tematu, który wywołuje emocje (nawet jeśli dziecko nie wszystko jeszcze rozumie, ważne, żeby utwór przeżyło) i traktuje swojego małego adresata poważnie. Jeśli uda nam się dokonać trafnego wyboru, nie tylko najmłodsi będą cieszyć się na czytanie, ale i dorosły nie będzie mógł się oderwać od dobrej dziecięcej książki nawet gdy mały słuchacz już zaśnie.
Uwaga! Nie jest intencją autorki, uzależnionej od literatury, by czytelnik odniósł mylne wrażenie, że czas na czytanie przypada wieczorem. Dobra książka sprawdza się o każdej porze dnia!
OLGA BRZEZIŃSKA- Dyrektor Programowa Festiwalu Miłosza, Prezes Fundacji Miasto Literatury, Dyrektor Programowa Festiwalu Miłosza i Dni Tranströmerowskich. Menedżerka i promotorka kultury, kulturoznawczyni, europeistka, absolwentka podyplomowych studiów menedżerów kultury (Szkoła Główna Handlowa), wieloletnia wykładowczyni akademicka (Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Jagiellońskiego). Pomysłodawczyni, współtwórczyni i producentka wydarzeń literackich, edukacyjnych i artystycznych, m.in. spektakli jazzowo-poetyckich (cykl Jazzformance), teatralnych (Po wygnaniu wg Czesława Miłosza oraz Powrót Odysa Stanisława Wyspiańskiego, Teatr Nowy w Krakowie), koncertów, albumu muzycznego Wojaczek zespołu Julia i Nieprzyjemni oraz słuchowisk radiowych (cykl Do ucha wraz z Radiem Kraków). Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa (2018), absolwentka Leadership Academy for Poland (2018).
Świat zdaje się chyba nigdy nie doświadczył takiego zepsucia, nihilizmu i wyuzdania, co za czasów Berlina lat 20. XX wieku. Wszystkie okropieństwa, jakie możemy sobie wyobrazić, a jakimi straszą nas dziś – wschodnia Europa wzięła już w cugle konserwatyzmu i praworządności. Całe choćby i tęczowe zło, zostało już opanowane i przypieczętowane wynikami ostatnich wyborów. Strach przed tęczowym potworem okazał się jednak silniejszy niż rozsądek. Czarna magia średniowiecza!
To, czego doświadczyliśmy w Berlinie lat 20. XX wieku było prawdziwym okropieństwem dla dzisiejszych konserwatystów. Tę wielką chęć powrotu do zabawy, kontrolowanego zepsucia, małej rozpusty, a dla niektórych, wręcz pornografii, w późnych latach 30. zaczęli tępić naziści. Nieobyczajne zachowanie zdławione zostało przez niepokalane SS, bo strach przed nieznanym, nieokreślonym -bój się boga pornograficznym wręcz potworem Made in Szatan- był najlepszym narzędziem do zdobycia władzy… Jak potoczyły się dalsze losy, wiemy wszyscy.
Minęły lata względnego spokoju od berlińskich sodomitów, nocnych kabaretów, nieprzyzwoitych zachowań twórczych, a też zwykłego pragnienia szaleństwa i nieprzespania nocy, aż tu nagle wyrasta nam nowe. Wydaje się, iż kiedy zostały zaprowadzone już dobre porządki, swój łeb pełen niepoprawnych myśli wychyliła znienacka Krakowska ulica 41.
Otóż, zamarzyło się bezczelnym krakowskich artystom stworzyć na nowo Berlin! Miejsce bez cenzury, miejsce totalnej wolności artystycznej, miejsce dla wszystkich, którzy marzą by schronić się przed autorytarną i kościółkowo partyjną obyczajówką z paska TVP.
Tak więc w podziemiach ulicy Krakowskiej 41 z mozołem i trudem pracuje ekipa remontowa, jak na zdjęciu Grzegorz W., Janusz M, Łukasz B. i Ja, Piotr S. Pracują też w pocie czoła i inni, ale na zdjęcie, specjalnie dla Redakcji LifeinKrakow, się nie załapali.
Ekipa remontowa pracuje i odgruzowuje Berlin! Na powrót zbijają scenę. Na powrót wieszają czerwone kotary i zakurzone lampy. Jeden z najgłośniejszych twórców polskiej scenografii, performer i malarz o pseudonimie Prince Negatif (będącym załącznikiem zdjęcia podpisany Łukasz B.) przyozdabia bar i kawiarnię w róże, złoto i nieskazitelną czerń. W tej kawiarnianej części stanie również „miejsce pamiątkowe”. Wielki fotel po nieocenionym opiekunie krakowskich chcianych i niechcianych artystów, Henryku Pasiucie. W nim będzie można siąść wygodnie… i tak na świętej pamięci kolanach Henia uchylić kieliszek wspomnień. W tej niewielkiej sali bufetowej artysta malarz Łukasz B. zawiesza swoje obrazy; pstrokate kotary- bo sam jest tak pstrokaty jak kotary; fontannę di trevi- by nie kończyły się zasoby wodopoju; tapety kolorowe- jak z Maryli jarmarki Rodowicz; wielką rzeźbę nagiego Dawida, Michała Anioła… a co by renesansowego artystę poprawić, doprawia mu ogromne skrzydła, by ten mógł lecieć, jak goście na nieznaną orbitę baśniowych krain wyuzdanego Berlina.
„Scena BERLIN” ma być miejscem dla wszystkich, którzy odrzucani bywają przez aparat cenzury. „Scena BERLIN” ma być miejscem dla tych, dla których wiecznie brakowało pieniędzy w kulturze. Ma to być miejsce, gdzie nikt, poza publicznością nie ocenia dzieła artysty, nie odbiera takowoż dzieła tego swym dyrektorskim stołkiem, nie krępuje swoją bezczelnością, nie czerwieni się na słowo „tabu”.
Może się mylę, ale to chyba Berlin lat 20. stworzył rewię. A jeśli jej nie stworzył to ją uskrzydlił, jak Łukasz B. Dawida. Berlin jako była Stolica Republiki Weimarskiej wprowadziła rewię na swoje dark salony.
Dlatego też w pierwszych dniach otwarcia, a ostatnich dniach sierpnia „Scenę Berlin” zainauguruje Rewia DQ pod okiem Pawła Rupali, znana już krakowskiej publiczności z występów gościnnych w różnych miejscach. Może teraz Berlin stanie się ich domem.
W „Berlinie” będzie i nocne kino, nocne czytanie, nocne rozmowy i nocny mocny nowy tekst emigranta Sławka Chwastowskiego o grupie „Guns`N Roses”. Perkusisty spowiedź, pełną człekokształtnych przygód niegodnych homo sapiens, usłyszymy ustami Tomasza Schimscheinera. W Berlinie będzie nowy i brzydki dramat Ziemowita Szczerka „Zemsta Czarnej Madonny”. W Berlinie będzie też i muzealna spowiedź Janusza Marchwińskiego, co przyjaźnił się z Jackiem Kaczmarskim i wspólnie go razem zaśpiewamy. W Berlinie będzie też i miejsce na teatr tańca i stare legendarne spektakle Nowego z Proximy. Ale Berlin jest otwarty! Berlin lat 20. z jednej strony szokował mieszkańców i turystów swoją otwartością i nowatorskim podejściem do rozrywki, a z drugiej- przyciągał jak magnes. Miejmy nadzieję, iż tako stanie się w podziemiach Sceny BERLIN przy Krakowskiej ulicy 41 u wejścia Skawińskiej 2. Wielkie otwarcie 4 i 5 września wieczorem. Przyjdźcie, nie pytajcie kto wystąpi!
Od dzieciństwa fascynowało mnie rozgwieżdżone nocne niebo. Letnie wakacje spędzaliśmy z bratem zazwyczaj na wsi, gdzie niebo było czyste – w przeciwieństwie do zadymionej, ojczystej Łodzi. Rozrywek w tym ponurym wtedy mieście nie było zbyt wiele, za to było sporo księgarni. Bardzo lubiłem Pegaz na rogu Zielonej i Piotrkowskiej. Przed wojną należała do rodziny Fischerów, z której wywodził się jeden z moich kolegów. I pewnie to niebo rozbudziło we mnie bardzo wcześnie zamiłowanie do literatury fantastyczno-naukowej. Opowiadania o podróżach kosmicznych były w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku bardzo popularne tak jak dziś „Gwiezdne Wojny” czy „Awatar”. W końcu bratni Związek Radziecki szykował się do podboju Księżyca, by i tam posadzić kukurydzę. Każdego miesiąca polowałem na pismo Kraj Rad w którym można było takie opowiadania znaleźć. Był to tak zwany „tołstyj żurnal”, drukowany na lśniącym, lakierowanym papierze, tak błyszczącym jak wizja raju ZSRR, przedstawiana na kolorowych fotografiach.
W Polsce – oczywiście – absolutną gwiazdą był Stanisław Lem. Przeczytałem wszystkie jego powieści i opowiadania począwszy od „Astronautów” (1951)a na „Opowieściach o pilocie Pirxie” (1968) skończywszy. Jednak nie o Lemie chciałbym dziś opowiedzieć, lecz o dwóch jego niesłusznie zapomnianych kolegach, współzałożycielach Polskiego Towarzystwa Astronautycznego. Mam oczywiście na myśli Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepkę.
W 1953 roku na łamach Ilustrowany Kurier Polski zaczął drukować w odcinkach ich kosmiczną trylogię pod tytułem „Zagubiona przyszłość”. Jej niebywałe powodzenie sprawiło że już w następnym roku ukazało się wydanie książkowe. Kolejne części to „Proxima” (1955) i wreszcie „Kosmiczni bracia” (1959).
Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka pisali swoje dzieło w latach tak zwanej „głębokiej komuny”, stąd wyobrażenie przyszłości wymuszało (podobnie jak u Lema) dostosowanie się do komunistycznej wizji powszechnej szczęśliwości, jaka miała niebawem zapanować. Akcja pierwszej części przenosi nas do roku 2406. W kierunku układu Alfa Centauri podąża niewielka wyspa kosmiczna o nazwie Celestia. Jest to dysk o średnicy jednego kilometra, którego kilka tysięcy mieszkańców podróżuje w kierunku mitycznej planety Juwenta. Kolejne pokolenia, które rodzą się i umierają na pokładzie Celestii dawno zatraciły pamięć o życiu na Ziemi. Wiedzą tylko, że uciekają przed władzą Czerwonych Diabłów które przejęły tam władzę. Tymczasem na Ziemi rozwój technologii umożliwił budowę statku kosmicznego Astrobolid, który również wyrusza w kierunku Proximy z misją badawczą. Jego zadaniem jest także sprawdzenie, co stało się z Celestią i jej mieszkańcami. Po wykonaniu tego zadania, w drugiej części, Astrobilid wyrusza w dalszą podróż, dociera do Proximy i dokonuje tam zdumiewających odkryć. Wreszcie w trzeciej części śledzimy losy załogi Astrobolidu, jej spotkanie z obcą cywilizacją, która pomaga ocalić Ziemię przed katastrofą wywołaną przez krzemowe formy życia. Więcej zdradzić nie mogę, ponieważ jak w dobrej powieści kryminalnej napięcie tworzą zagadki i gwałtowne zwroty akcji.
Miłośnicy fantastyki naukowej, młodzi i starzy, przeczytają kosmiczną trylogię jednym tchem. Zaś jej nieco trącący myszką przekaz ideologiczny zupełnie nie przeszkadza. Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka dokonując korekty do drugiego (i ostatniego jak dotąd) wydania trylogii w roku 1986 usunęli zresztą zbyt wyraźne ślady ingerencji stalinowskich cenzorów.
W księgarniach kosmiczna trylogia na pewno już od dawna nie jest już dostępna. Kupić ją można za to bez problemu na Allegro. Do czego serdecznie zachęcam. Jak również do kontemplacji rozgwieżdżonego nieba.
„Oskar i Pani Róża” to maleńka książeczka dla dzieci z zakresu lektur szkolnych. Książeczka ta to taki „Mały Książę”, bo z jednej strony jest przypowieścią bardzo mądrą, a z drugiej jest niezwykle naiwna i jałowa.
Co łączy Oskara z Małym Księciem? Przede wszystkim walka o zachowanie resztek umierającego świata; walka przeciw własnemu wykluczeniu i izolacji; walka o zachowanie resztek godności i wreszcie walka o uwagę. 10-letni Oskar pomimo, iż wokół niego znajduje się wielu przyjaciół, jest samotny, odosobniony, przebywa w niekończącej się kwarantannie. Samotnie mierzy się z upływającym czasem; samotnie mierzy się ze swoją białaczką; samotnie mierzy się z odtrąceniem przez świat marzeń i planów. Ich nigdy nie będzie. Wbrew temu Oskar najlepiej radzi sobie z upływem czasu mierzonego resztką dni. Lepiej niż jego rodzice, którzy nie mają odwagi pożegnać się godnie. Lepiej niż Pani Róża, która wymyśla głupawą formułę pisania listów do Boga. Lepiej niż ta sama Pani Róża pięknie wymyślająca, by każdy przeżyty przez Oskara dzień, ten odmierzał jako 10 lat. Umiera więc w głębokiej starości pogodzony z życiem. Oskar radzi sobie lepiej niż doktor Dusseldorf obwiniający się bezpodstawnie za śmierć każdego małego człowieka na onkologii dziecięcej. I wreszcie Oskar radzi sobie lepiej niż sam Bóg… który milczy! A milczenie Jego w książeczce Erica-Emmanuela Schmitta jest nieznośnie. Być może dlatego lektura tej książki jest tak bolesna. Oskar pisze listy, pyta, mierzy się ze swoją nieuleczalną chorobą, a Bóg milczy. Zawsze kiedy dzieją się rzeczy straszne ten Bóg milczy.
„Oskar – film który nigdy nie powstał” to moje oskarżenie o Jego wieczne milczenie, bezsensowne trwanie, bezduszne patrzenie. Użycie religijnego symbolu krzyża w filmie, który w pierwszej scenie jest nieduży; w zasadzie tak malutki jak często wisi w naszych domach nad framugami. Jest zazwyczaj ledwo dostrzegalny, nie krępuje ani gospodarzy ani gości. Nie zauważa go też dziecko, z dnia na dzień uczone i doświadczane jego potęgi. W filmie ten krzyż rośnie i staje się cięższy z każdą sceną. Ciężar naszego życia. Krzyż ten przytłacza. Nie daje racjonalnych odpowiedzi. Aż w końcu zgniata. Piszę tu o krzyżu instytucji! Krzyżu rachunków, bilansów, afer, „dziecięcych krucjat”.
Z tą książeczką mam sporo kłopotów, boję się, że omawiana na lekcjach języka polskiego w szóstej klasie szkoły podstawowej może być nieznośną okazją do kolejnej katechezy, do kolejnej źle prowadzonej lekcji religii. A ta książeczka jest tęsknotą za prawdziwym i wolnym światem pełnym marzeń, które się nie spełniają… bo tak chce Bóg. Ta książeczka jest za wolą życia, które ten Bóg odbiera.
Czym jest jeszcze ta książeczka? Jest beznadzieją korespondencji z Wyimaginowanym. Jest bełkotem relacji Ojciec-Syn i jego ofiarą. Jest bezradnością Matki w obliczu zagłady świata dziecka. Jest o spotkaniu z Mistrzem (Pani Róża), który okazuje się pozorantem.
Ta książeczka jest też o sile przyjaźni. O poznawaniu w życiu ludzi pięknych, rówieśników, którzy towarzyszą nam do ostatnich dni. Takich przyjaciół znalazłem i ja. I z nimi podążam zawodową ścieżką. Ojca i Matkę porzuciłem, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Mistrzów odstawiłem na zakurzone półki portretów. Przed lekarzami (tych od duszy) dawno zamknąłem drzwi. Zostałem z przyjaciółmi, którzy czasami na podobieństwo ozdrowiałej Peggy Blue wyprowadzili się z mojego szpitala, ale kilku z nich pozostaje. I spotykając się z nimi, robiąc teatr za teatrem patrzymy w swoje oczy pełne lęku; a lęk ten znika, gdy tylko udaje nam się stworzyć coś pięknego. Wtedy świętujemy. Bez ojca, matki, mistrzów, lekarzy od siedmiu boleści w krzyżu. Przeżywamy, zapominamy i pełni nadziei podejmujemy dalsze decyzje. Oskar tej szansy nie miał. „Bóg dał, Bóg wziął”.
za pośrednictwem strony internetowej Teatru Nowego w Krakowie
1 Sprzedaż online
Sprzedaż i dystrybucję biletów prowadzi Stowarzyszenie Teatr Nowy, ul. Krakowska 41, 31-066 Kraków.
Umowa sprzedaży pomiędzy Kupującym a Teatrem zostaje zawarta w przypadku spełnienia wymaganych procedur zakupu biletów na stronie www.teatrnowy.com.pl:
rejestracji Kupującego,
złożenia przez Kupującego zamówienia online,
uiszczenia przez Kupującego zapłaty za zamówienie za pośrednictwem serwisu Przelewy24.pl,
otrzymania przez Kupującego potwierdzenia realizacji transakcji na wskazany przez Kupującego adres e-mail.
Dokonanie zakupu biletów w systemie on-line oznacza akceptację Regulaminu.
Przy zakupie biletów online, płatności realizowane są przy pomocy serwisu przelewy24.pl
Zapłata za zamówienie niepotwierdzona przez Bank Kupującego w ciągu 2 godzin od momentu zamówienia, powoduje automatyczne anulowanie zamówienia.
Teatr nie ponosi odpowiedzialności za wszelkie konsekwencje wynikające z nieprawidłowości w funkcjonowaniu systemu płatniczego Przelewy24.pl.
Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 26 lipca 2010 r. sprzedaż biletów w zakresie zamówienia i płatności drogą internetową nie podlega fiskalizacji, w związku z czym Kupujący nie otrzymuje paragonu fiskalnego.
Osoby dokonujące płatności za pośrednictwem banku zagranicznego powinny uwzględnić koszty pośrednictwa bankowego, ponieważ tylko pełna zapłata w wyznaczonym terminie gwarantuje realizację zamówienia przez Teatr.
W systemie sprzedaży online można kupić bilety normalne i ulgowe.
Osoby, które zakupiły w systemie sprzedaży online bilety ulgowe, zobowiązane są do okazania dokumentu uprawniającego do zniżki przed wejściem na spektakl, na który zostały zakupione bilety. Bilety ulgowe bez udokumentowania prawa do ulgi nie uprawniają do wejścia na widownię – są nieważne.
Bilety ulgowe przysługują uczniom, studentom, emerytom oraz osobom niepełnosprawnym.
Teatr zastrzega sobie możliwość wprowadzenia do sprzedaży tylko biletów normalnych przy wybranych spektaklach.
Kupujący zobowiązany jest okazać przy wejściu bilet w celu wstępu na spektakl. Bilet można okazać w formie elektronicznej lub wydrukowany.
Teatr zastrzega sobie możliwość zakończenia sprzedaży online w każdej chwili, bez podawania przyczyn.
Teatr nie ponosi odpowiedzialności za skutki podania nieprawdziwych lub błędnych danych w formularzu zamówienia.
2
Reklamacje, zwrot i wymiana biletów
W przypadku, gdy spektakl nie odbędzie się z przyczyn leżących po stronie Teatru, Teatr przyjmować będzie zwroty biletów oraz dokonywać zwrotu wpłaconej kwoty w formie w jakiej bilet był zakupiony.
W pozostałych sytuacjach bilety zakupione online nie podlegają zwrotom ani wymianie. Na podstawie art. 38 pkt. 12) Ustawy o prawach konsumenta, prawo odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa lub na odległość nie przysługuje konsumentowi w odniesieniu do umowy o świadczenie usług związanych z wydarzeniami rozrywkowymi, sportowymi lub kulturalnymi, jeżeli w umowie oznaczono dzień lub okres świadczenia usług.
Bilet traci ważność z momentem rozpoczęcia spektaklu lub wydarzenia wskazanego na bilecie, co oznacza, że spóźniona osoba nie ma możliwości wejścia na spektakl.
Obsługa ma prawo odmówić wstępu osobom będącym pod wpływem alkoholu lub środków psychoaktywnych.
Zaproszenia nie mogą być sprzedawane osobom trzecim ani wymieniane w kasie biletowej na gotówkę.
Bilety niewykorzystane, które utraciły ważność nie podlegają zwrotowi ani przebukowaniu.
Wszelkie reklamacje wymagają zgłoszenia w ciągu dwóch dni roboczych od momentu zakupu biletów na wskazane adresy mailowe: rezerwacje@teatrnowy.com.pl
3 Ochrona danych Kupującego
Na podstawie art. 13 ust. 1 i ust. 2 Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE. (dalej jako „RODO”) Teatr oświadcza, że:
administratorem danych osobowych jest Stowarzyszenie Teatr Nowy z siedzibą przy ul. Krakowskiej 41, 31-066 Kraków;
dane osobowe Kupującego będą przetwarzane przez Teatr w celu realizacji umowy sprzedaży;
podstawą prawną do przetwarzania danych osobowych Kupującego jest art. 6 ust.1 lit. b RODO – niezbędność do wykonania umowy, której stroną jest osoba, której dane dotyczą, art. 6 ust. 1 lit. c RODO – niezbędność do wypełnienia obowiązku prawnego związanego z zachowaniem dokumentacji wymaganej przez przepisy prawa podatkowego, art. 6 ust. 1 lit. f RODO – niezbędność do realizacji prawnie uzasadnionego interesu przedsiębiorstwa jako dochodzenie roszczeń z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej, zgoda osoby której dane dotyczą;
dane osobowe Kupującego będą przetwarzane przez okres niezbędny do realizacji umowy sprzedaży, a po tym okresie przez okres wskazany odpowiednimi przepisami prawa;
dane osobowe Kupującego mogą być przekazywane:
podmiotom współpracującym z Teatrem w celach związanych z obsługą i wykonaniem umowy oraz dochodzeniem bądź obroną przed roszczeniami,
upoważnionym podmiotom, w szczególności organom władzy publicznej, na pisemny wniosek, jeżeli obowiązek taki wynika z przepisów prawa;
dane osobowe Kupującego nie będą przekazywane do państw trzecich, organizacji międzynarodowych;
na podstawie danych osobowych nie dochodzi do profilowania.
Poprzez rejestrację w systemie sprzedaży online Kupujący wyraża zgodę na przechowywanie i przetwarzanie przez Teatr danych osobowych Kupującego w celu realizacji zamówienia, niezbędnego kontaktu z Kupującym oraz w celu wszelkich działań niezbędnych do funkcjonowania systemu sprzedaży biletów. Wszelkie dane osobowe otrzymywane przez Teatr Nowy w ramach sprzedaży biletów wykorzystywane są w celach przekazywania informacji o promocjach oferowanych przez Teatr Nowy w Krakowie wyłącznie za zgodą osoby udostępniającej dane osobowe.
Kupujący wyraża zgodę na przetwarzanie jego danych osobowych przez Teatr w celach realizacji umowy sprzedaży. Podanie danych osobowych jest warunkiem zawarcia umowy. Konsekwencją niepodania danych osobowych jest brak możliwości zawarcia umowy.
Kupującemu przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych oraz prawo ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo wniesienia sprzeciwu.
Kupującemu przysługuje prawo wniesienia skargi do organu nadzorującego przestrzeganie przepisów w zakresie ochrony danych osobowych (na dzień podpisania umowy Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych).
4
Postanowienia końcowe
Bilety zakupione w Kasie biletowej oraz za pośrednictwem strony internetowej Teatru Nowego nie mogą być kopiowane, przerabiane, skanowane.
Teatr nie ponosi odpowiedzialności za funkcjonowanie sieci Internet, za pośrednictwem której dokonywany jest zakup biletów przez Kupującego. Teatr nie ponosi odpowiedzialności za wiadomości lub inne dane zagubione lub utracone w sieci Internet, indywidualne ustawienia komputerów oraz sposób ich konfiguracji, a także ustawienia lub przerwy w świadczeniu usług występujące u dostawców dostępu do sieci Internet.
Teatr nie ponosi odpowiedzialności za bilety uszkodzone lub zagubione przez Kupującego.
Teatr ma prawo odmówić wejścia na widownię osobie spóźnionej. Jeżeli będzie taka możliwość, widz zostanie wpuszczony na widownię w pierwszym dogodnym momencie.
Wszystkie informacje na temat repertuaru, cennika oraz godzin pracy biura Teatru i kasy biletowej Teatru opublikowane zostały na stronie www.teatrnowy.com.pl
Teatr zastrzega sobie prawo do zmian w repertuarze.
Niniejszy Regulamin sprzedaży online dostępny jest na stronie internetowej oraz w Kasie biletowej Teatru Nowego w Krakowie.