Tomasz Armada- wywiad
PIĘKNO NIE JEST GRZECZNE
Z Tomaszem Armadą – projektantem mody i artystą wizualnym – o modzie, młodości i pięknie rozmawia Piotr Sieklucki.

Piotr Sieklucki: Nasz nowy biuletyn poświęcony jest z jednej strony pragnieniu wiecznej młodości, a z drugiej pięknu i modzie. Rozmawiamy przy okazji naszej premiery „Dorian Gray”. Młodość, piękno, moda. Czym jest dla ciebie, jako wybitnego projektanta moda, a czym młodość i piękno?
Tomasz Armada: Moda to dla mnie jedynie narzędzie wyrażania siebie. Jest to coś, co jestkomunikatem, naszym wyjściem w przestrzeń do ludzi i do teatru codzienności. Moda daje nam język nawet wtedy kiedy nie chcemy nic mówić. Młodość dla mnie jest ciekawością życia, chęcią zmian, zdolnością do wyjścia poza własny repertuar. Nie ma nic wspólnego z metryką. Piękno natomiast jest prawdą, która czasem uwiera. Piękno dla mnie nie jest grzeczne. W tym sensie moda może być uczciwa: nie robi z ciebie kogoś innego, tylko pozwala ci być bliżej siebie i bardziej sobą, nawet jeśli to nie jest łatwe czy wygodne dla otoczenia.
Czym kierujesz się w projektowaniu? Co cię nakręca?
Nakręca mnie zaskakiwanie samego siebie, odkrywanie kolejnych rejestrów nieoczywistych zestawień symbolicznych, ale też wizualnych. Napędza mnie odkrywanie kolorów, które wzajemnie ze sobą działają elektrycznie, w kontekście innych zestawień zyskują nowe życie, nowe świecenie. Często też ważny jest sam surowiec, jego właściwości oraz przeciwności i bariery, które stawia. Ostatnio najbardziej ciekawiła mnie praca z materiałem który miał inną fizykę niż każda tkanina – nie poddawał się mojej wprawnej ręce i czułem się jakby to znów był mój pierwszy raz w drapowaniu. Niesamowite uczucie.
W sierpniu 2021 roku zostałeś wyróżniony w amerykańskim magazynie Vogue jako jeden z 27 młodych, najciekawszych i niezależnych projektantów mody na świecie. Czy to trudny „kawałek chleba”?
To moje życie i pasja. Nie traktuję tego jako kawałek chleba, a raczej jako sposób na życie. To trochę lifestyle, chociaż nie dźwigam tego słowa, ale cały czas tym żyję. Jestem w tym, to
moja pasja, sposób na życie, a nie zarobek. Mam wrażenie, że niejeden artysta performer
mógłby tematyzować takie życie jako pracę albo performans, a dla mnie jest to filozofia
życia!
Kto był i jest dla ciebie wzorem? Skąd bierzesz inspiracje w projektowaniu?
Wzorem dla mnie od początku był Witold Gombrowicz. Uświadomił mnie, że inspiracją może być wszystko, co w danym momencie zobaczysz. Schylisz się, klękniesz i będzie tam gałązka. Zobacz ją. Tak jak w „Kosmosie” Gombrowicza – to ty decydujesz i nadajesz sens pozornie nic nie znaczącym rzeczom, znakom. Z mody inspiracją dla mnie był niewątpliwie Alexander McQueen. To dzięki niemu zainteresowałem się modą. Każdy jego pokaz był jak przedstawienie, a sam ubiór traktował on w bardzo teatralny sposób. Terminował też u rzemieślników i w warsztatach teatralnych, co też dla mnie było inspiracją do poznania backstage’u i technik kroju.
W swoich projektach zacierasz granice pomiędzy płciami. Do kogo adresujesz swoją
markę?
Archetypem mojej marki jest osoba która ma dwoistą naturę; osoba z dwóch skrajnych światów; osoba w transferze; często to są osoby, które łączą dwie pozornie niepasujące do siebie dziedziny np.: biznes i sztukę, farmację i malarstwo, rachunkowość i muzykę, teatr i chirurgię, high fashion i programowanie. Takie są Osoby Armady – w ciągłym tranzycie, ciągle na skraju dwóch różnych światów. Osoby, które chcą mówić własnym głosem, nie wstydzą się swojej tożsamości, chcą się wyróżniać i przekraczać granice
Jesteś coraz bardziej rozpoznawalny, nad jaką przyszłością pracujesz dla siebie? Kim
chciałbyś być za lat 20, w jakim miejscu?
Marzy mi się, aby moja marka była samodzielna i samowystarczalna. Tworzyła nadal miejsca pracy i powodowała zmianę w swojej branży; nadawała ton działaniom dla innych; inspirowała, skłaniała do działania i myślenia. Chciałbym aby stanowiła też oddzielny byt ode mnie tak, żebym ja mógł w całości poświęcić się artystycznym rzeczom i jedynie kreował wizję rozwoju. Aktualnie bardzo dużo jest operacyjnej bolączki, która często skupia się na moich rękach, a ja chciałbym mieć więcej czasu na niezobowiązującą twórczość, malarstwo, rzeźbę oraz rzeczy mi totalnie odległe jak ceramikę i mozaikę.
Projektowałeś już kilkakrotnie dla teatru, czy to satysfakcjonująca praca?
Ostatnio liczyłem ile projektów typowo teatralnych zrealizowałem. Było około 30 przedstawień. Pracowałem głównie jako kostiumograf. Drugie tyle byłoby rzeczy takich jak kostiumy estradowe, występy performatywne, kostiumy taneczne i performerskie. Długo wzbraniałem się od robienia kostiumów. Odmawiałem wszystkim aż do 2019 roku. Wtedy pierwszy raz powiedziałem „ tak” i w ciągu 12 miesięcy zrealizowałem 11 przedstawień. Była to jazda bez trzymanki i skakanie po rejestrach bliskich obłędowi. Rzucałem się: z jednego projektu w Poznaniu, gdzie robiłem wszystko monochromatyczne, do kostiumów horror vacui, które były całe w cekinach w Łodzi. W pewnym momencie było kilka premier jednego dnia. Cieszę się, że finalnie wybuchła pandemia i pozwoliła mi się zatrzymać, bo nie wiem gdzie bym skończył. Kwarantanna była dla mnie ratunkiem. Wtedy pierwszy raz zacząłem myśleć o higienie pracy i o tym, że jestem ciałem fizycznym, a nie tylko duchowym bytem bez granic kreatywności.
Po jednym z naszych spektakli siedzieliśmy z Arkadiusem w naszej kawiarni. Opowiadał o tym, jak wymagający, ciężki i niewdzięczny jest to zawód, jak bardzo świat mody jest paskudny, wysysający, bezwzględny. Dzieli was całe pokolenie. Tak jest w istocie?
Arkadius też odwiedził mnie w mojej pracowni. Było to niesamowite i ciekawe spotkanie z mistrzem. Jego życiorys był dla mnie od początku przestrogą, oczywiście finalnie i tak uczyłem się na własnych błędach, ale myślę, że czasy się zmieniają a ludzkie mechanizmy pozostają poza czasem. O tym też jest właśnie teatr i wszystkie dobre dramatyczne teksty nigdy się nie starzeją, bo natura ludzka pozostaje bezmienna.
Ja też byłem o krok od upadku i bankructwa. Osoby mi bliskie i moja poprzednia ekipa asystencka tak mnie zmanipulowała i zgaslaitingowała, że byłem już przekonany o tym, iż to mój koniec. Myślałem, że zwariowałem. Całe szczęście zawalczyłem o siebie i poszedłem do specjalistów, którzy powiedzieli mi wówczas: „Mamy dla pana złą wiadomość, niestety jest pan okazem zdrowia, ale ma pan wokół siebie toksyczne środowisko”. Wiązało się to z wyprowadzką z Warszawy, odcięciem się tego środowiska. Wielu ludzi zostało potem nastawianych przeciwko mnie, ale ja całą siłę poświęciłem na to, aby walczyć o siebie, a nie o ludzi, którzy tworzyli pozory bliskości. Chcieli po prostu przejęć mój dorobek i moje kontakty.
W jakim miejscu chciałbyś mieć swój butik?
Widzę to szerzej niż „butik”. To ma być sieć żywych punktów, które działają jak pracownie i sceny jednocześnie. Docelowo chcę mieć dwie bazy: Pierwszą w Łodzi, na Księżym Młynie, gdzie jest mój rdzeń, rzemiosło i ten industrialny nerw, z którego wyrasta cała Armada. Druga na Sycylii, w przestrzeni z kamieniem, mozaiką, słońcem i historią. I teraz najważniejsze: to nie mają być punkty „sprzedażowe”. To mają być performatywne pracownie, gdzie proces jest widoczny. Witryna żyje. Człowiek widzi, że coś się dzieje: szycie, barwienie, przymiarki, zmiana sylwetek, praca z obiektem. Ktoś przechodzi ulicą i ma
poczucie, że patrzy na scenę, a nie na ekspozycję. Z tych dwóch baz wypływa reszta: flota ARMADY w najważniejszych miastach mody! Nie jako powielanie tego samego sklepu, tylko jako serie pop-upów i współprac w miejscach, które mają sens. Każdy punkt karmiony prawdziwą energią z tych dwóch światów. Chcę, żeby moda znów była doświadczeniem i spotkaniem, a nie tylko produktem. Chcę żeby ludzie mogli poczuć, że wchodzą do świata w którym ciągle się dzieje, a nie kolejny sklep ze zwykłymi rzeczami. To jest miejsce, które robi z ubioru zdarzenie.
Tego tobie życzę i dziękuję za rozmowę.