Kora i Zelenski

„Kora. Boska” wg scen. i w reż. Katarzyny Chlebny i „NaXuj. Rzecz o prezydencie Zełenskim” Ziemowita Szczerka w reż. Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym Proxima. Pisze Dariusz Kosiński w „Tygodniku Powszechnym”.

Krakowski Teatr Nowy Proxima właśnie zabrał się za największego bohatera dzisiejszych czasów. Po Korze czas na Zełenskiego – i to też w ramach szalonego piąteczku.

Teatr Nowy nie jest już taki nowy, bo działa w Krakowie od szesnastu lat, zawsze na obrzeżach Kazimierza – od roku 2016 na rogu Krakowskiej i Skawińskiej. Po kilkunastu latach przekształcił się w wielką instytucję i dom produkcyjny, wydaje się całkiem dobrze osadzony w miejscu i formule, którą wypracował, a która – choć ma przecież różne analogie w innych miastach Polski – stanowi swoiście krakowski model sceny alternatywnej.

Kazimierski piątek

W Krakowie nazwa „Teatr Nowy” brzmi jak wyzwanie rzucone Staremu. Drugi przyciśnięty przywilejem i prestiżem sceny narodowej (oferta all incluswe w pakiecie z czujną kontrolą ministerstwa) – pierwszy biedniejszy, pozbawiony przywilejów, może z lekkością i niefrasobliwością walić na odlew i szargać świętości, niczego nie konsultując nawet z najwybitniejszymi uczennicami profesora Raszewskiego. Drugi niesie bagaż swojej tradycji i historii, nieustannie oglądając się, czy duchy świętej Trójcy Konrada, Jerzego i Andrzeja nie poczuły się aby urażone – pierwszy jest z rozmysłem antytradycyjny i standardowo wręcz wywołuje duchy, ale po to, by z nich i z nimi się śmiać. Drugi należy do centralnych miejsc „prawdziwego Krakowa” z całą jego nieoczywistą elitarnością, podczas gdy pierwszy jest częścią imprezowego i zgentryfikowanego Kazimierza – tej przedziwnej dzielnicy, gdzie pamięć o wymordowanych miesza się z brzękiem szkła weekendowych imprez.

Proxima to scena świetnie współbrzmiąca z współczesnym krakowskim Kazimierzem i życiem jego bywalców. Żart, ironia i głębsze znaczenie, ale podkręcone przez bezczelność stand-upu, spaczone świadomie użytym kiczem i utytłane niemiłosiernie w sosach popkultury. Wszystko zaś robione nie po to, by epatować burżuja, ale by wspólnie rozkręcać jazdę po bandzie, ku rozbawieniu i rozbrojeniu współczesnego nowomieszczaństwa.

Spotkanie z tą nowomieszczańską widownią było jednym z najsilniejszych doświadczeń moich wizyt w Nowym Proximie. Uderzyło mnie, jak inna to publiczność od tej, która wypełnia foyer i widownie bardziej szacownych instytucji teatralnych. O wiele swobodniejsza w zachowaniach, które w „poważnych teatrach” też się pojawiają, ale tam traktowane są jako niestosowne – tu śmiało strzela sobie selfiki i kolejne foty na Insta, rozmawia zbyt głośno o odkrytej właśnie nowej restauracji vege i pozuje nie na elegancję, elitę i ekskluzywność, ale na śmiałe korzystanie z życia. Ta publiczność wydaje się mieć niezmąconą pewność, że świat powinien się bardzo cieszyć jej obecnością i na wyprzódki dążyć do tego, by zaspokoić jej oczekiwania.

Najważniejsze osoby decydujące o kształcie i programie Nowego: jego założyciel, dyrektor, reżyser i aktor Piotr Sieklucki, dyrektor programowy Tomasz Kireńczuk i dyrektor artystyczny, scenograf Łukasz Błażejewski to wszystko zawodowcy, po kierunkowych studiach, dziś już dysponujący sporym dorobkiem i doświadczeniem. Nie sposób widzieć w nich grupę debiutantów walczących o swoje miejsce – zdają się dobrze znać swoich widzów. Ich zachowania i reakcje tworzą bezpośrednio doświadczaną, uderzającą całość. I właśnie z tą całością Nowy Proxima pracuje, wykorzystując konwencje, chwyty i kody kulturowe, które natychmiast jego publiczność rozpoznaje.

Boska szydera

Najbardziej modelowym i zarazem najgłośniejszym spośród ostatnich spektakli Nowego Proximy jest „Kora. Boska”. Autorskie przedstawienie Katarzyny Chlebny (scenariusz, reżyseria i tytułowa rola), które miało premierę w listopadzie 2021 r., zdołało już sporo namieszać. Portal PCH24 uznał je za „ohydną prowokację z udziałem drag queen, która w jednym ze spektaklów odgrywa rolę Matki Bożej” (zapis dosłowny) i rozpoczął akcję zbierania podpisów pod protestem domagającym się wstrzymania finansowania teatru.

Pomysł na „Korę. Boską” jest prosty. Znana wokalistka umarła i trafia na kobiecy pośmiertny sąd, na którym trzy reprezentacje Maryi: Częstochowska (Piotr Sieklucki), Fatimska (Paweł Rupała) i z Guadalupe (Łukasz Błażejewski), będące zarazem alegoriami trzech cnót – Wiary, Nadziei i Miłości, mają ocenić jej życie i zdecydować, gdzie ostatecznie trafi. W roli każdej z figur Madonny występują aktorzy scenicznie identyfikujący się jako homoseksualni mężczyźni, wśród których rzeczywiście jest znana drag queen (Rupała).

Trudno jednak uznać, że ktokolwiek tu „odgrywa rolę Matki Bożej”, bo całe przedstawienie oparte jest na wyrazistym i jednoznacznym igraniu ze skarykaturowanymi reprezentacjami kulturowymi. Dotyczy to tak „Maryjek”, jak i Kory, wobec których zastosowano strategie natychmiast rozpoznawane przez każdego, kto ma jakiekolwiek doświadczenie ze stand-upem czy choćby intemetowymi memami, nie mówiąc już o cieszących się masową popularnością książkach z cyklu „Świat Dysku” czy animowanym serialem „Robot Chicken”.

Publiczność Nowego ma tego typu doświadczenia we krwi. Ironia, szyderstwo, szarganie świętości, postpunkowo anarchistyczny śmiech z tego, czego (nie)śmiertelnej powagi z oddaniem strzegą różni „strażnicy wiary” – to dla niej chleb powszedni. Trudno tu mówić o bluźnierstwie czy świętokradztwie, bo te wymagają poważnego traktowania treści i wartości, które są atakowane. Tymczasem Nowy i jego widzowie zostawiają to poważne traktowanie w szatni, by zupełnie niezależnie od swojej wiary śmiać się nie z postaci, które być może i dla wielu z nich są serio boskie, ale z nadużywanych do bólu ikon, będących kreacjami nie religijnymi, ale kulturowymi i politycznymi. Jest to w przedstawieniu pokazane wyraźnie właśnie w tym, że Madonny grają aktorzy odwołujący się do stereotypowych wyobrażeń o gejach, którzy na początku sami autoironicznie tę sytuację przedstawiają i ośmieszają.

Wyjściowy pomysł od początku wyznacza dalszy przebieg działań: trzy figury będą kolejno odpytywały Korę z jej życia w porządku trzech cnót, by na końcu zdecydować o jej przyszłości. Wiadomo też, że ważną częścią „zeznań” tytułowej bohaterki będą jej piosenki śpiewane przez Katarzynę Chlebny w sposób względnie bliski oryginałowi, co dla publiczności stanowi atrakcję samą w sobie. Mamy więc typowo kabaretowy układ: skecz – piosenka – skecz. Z jednej strony melodramatyczny (i dość ckliwy) wątek Kory-sieroty szukającej matki, z drugiej – frontalny atak nie na Matkę Bożą, ale na polityczne scenariusze wpisywane w Jej figury. Siła autentycznej religijności maryjnej jest przecież używana do stworzenia i podtrzymania określonego regulaminu dyscypliny politycznej.

We wściekłym monologu Sieklucki, w imieniu Częstochowskiej, gwałtownie protestuje przeciwko przymusowi spełniania roli Królowej Polski, wywołując na widowni nieokiełznany, karnawałowo wyzwalający śmiech. Znakomicie przewrotne jest także queerowe Boże Narodzenie, w którym wyobrażenia kulturowe zderzają się ze sobą z szybkością hadronów. Ale wśród zaskakujących odejść od spodziewanego scenariusza jest też dramatyczna sekwencja taneczna, poświęcona ofiarom pedofilii, w której taniec Łukasza Błażejewskiego zatrzymuje szaloną karuzelę scenicznych zdarzeń.

Całość – znów zgodnie z konwencją – kończy się przywracającym podstawowy ład napomnieniem, które – jak można się było spodziewać – potwierdza, że „najwyższa spośród nich jest miłość”. Chlebny śpiewa oczekiwane od początku „Kocham cię, kochanie moje”. Widownia się buja, Madonny też, a Kora w końcu dostępuje wniebowzięcia – w teatrze, którego przecież nie opuszczamy ani na chwilę. Oczywiście jest owacja na stojąco i bisy, po czym w pełni zadowolona publiczność schodzi po spiralnych schodach, niesiona przekonaniem, że dostała dokładnie to, czego oczekiwała – teatr, który ją rozumie, ale też jej nie pochlebia i daje do myślenia.

Taniec na minach

Rozpoznawszy generalną strategię obecnego Nowego, a zarazem znając sposób pisania Ziemowita Szczerka, można było przewidzieć, jak będzie wyglądała najnowsza produkcja tego teatru – „NaXuj. Rzecz o prezydencie Zeleńskim”. Wiele wskazuje na to, że przedstawienie powstawało jak najszybciej się tylko dało, by możliwe było posługiwanie się hasłami typu „pierwszy spektakl o prezydencie Żeleńskim w Polsce, a może i na świecie”.

Że prezydent Ukrainy doczeka się wielu wersji swojej niezwykłej biografii – to oczywiste. Bogaty materiał daje ogromne możliwości zarówno twórcom wersji rozrywkowo-musicalowych (coś w stylu „Evity”), jak i rozmaitym pogłębianym eksploracjom kolejnych warstw postaci byłego komika, który stal się bohaterem ponadnarodowym. Nowy Proxima nawet nie stara się tych wszystkich możliwości zarysować, ale w zgodzie z przyjętą praktyką przystępuje do działania przez frontalny atak.

Już sam pomysł robienia szyderczo groteskowego przedstawienia o trwającej wojnie, w której giną i cierpią ludzie, to rzecz piekielnie ryzykowna. Tekst Szczerka i przedstawienie Siekluckiego są wprawdzie jednoznacznie adresowane do Polaków, ale siedząc na widowni nie mogłem opędzić się od pytania, jak czułbym się, gdybym był chroniącą się w Polsce Ukrainką, której mąż walczy na froncie. Nie mnie rozstrzygać, bo może właśnie śmiech z tego, co na co dzień traktuje się z najwyższą powagą, jest teraz potrzebny. Mówię tylko, że samo to pytanie nakazuje ostrożność, która wielu powstrzymuje przed podejmowaniem tematu wojny w sposób inny, niż zwykli to czynić pełni humanitarnego przejęcia uczestnicy „koncertów na rzecz” i obło-glamurowatej estetyki współczesnych serwisów medialnych.

Począwszy od kolejnej porcji świadomie nadużywanych bluzgów, przez tandetę i śmietnikowość scenografii, po sporą dawkę niekoniecznie zaplanowanego chaosu – wszystko tu jest zaprzeczeniem blasku gal i gładzi news-roomów. W zestawieniu z ich eleganckim chromem ten spektakl jest jak chamska nieheblowana deska, którą na dodatek okłada się siebie i widzów po głowie. Jeśli na wejściu się tego nie zaakceptuje, jeśli poczucie smaku, stosowności i poziom oczekiwań co do „podstawowych rzemieślniczych wymagań” nie pozwolą na przyjęcie tego spektaklu, jakim jest, to obawiam się, że nic nie pomoże.

Widziałem pierwsze publiczne przedstawienie i jestem pewien, że wiele jego wad, potknięć, niedoróbek wynikało z niedopracowania i braku rozegrania wykonawców, którzy nie byli jeszcze w stanie wydobyć energii tam, gdzie wszystko na niej zawisło. To się pewnie z czasem zazębi, ale na pewno się nie wygładzi. Nieheblowana deska zostanie nieheblowana deską. I całe szczęście, że nikt nie udaje, że jest blatem, po którym można gładko posuwać kolejne wstrząśnięte a niezmieszane obrazy cierpienia.

Szczerek wykorzystał dobrze znany w nowszej dramaturgii (vide Paweł Demirski) koncept sabatu symbolicznych zjaw, które zlatują się na scenę, by w dialogach i kolejnych słabo ze sobą powiązanych akcjach dawać głównemu bohaterowi okazję do ukazania zarówno siebie – człowieka o konkretnej biografii, jak i siebie – ośrodek splątanej sieci konfliktów, także historycznych. Prezydenta ZE (Paweł Felek Felczak) w jego znanym z telewizji gabinecie nawiedza najpierw Upiór Kijowa (Katarzyna Krzanowska), który zarzuca ZE, że zadziwiająco późno odkrył swoją ukraińską tożsamość. Ten wątek zdaje się zapowiadać przedstawienie o biografii Zeleńskiego, ale szybko zostaje porzucony, bo w nie-miejscu teatralnej sceny pojawiają się kolejno Putin (Sławomir Sulej), Rasputin (Karol Śmiałek w makijażu clowna z „To”), a także Bohun (Jacek Stefanik). Oni z kolei wprowadzają temat Rosji i jej „ducha”, którym jest oczywiście wieczny i niezniszczalny RasPutin.

Cały ten wątek kończy scena jego rozmowy telefonicznej z Matuszką Rosiją, wzorowana na pokazywanych przez ukraińską telewizję rozmowach rosyjskich jeńców ze swoimi mamami. Święta Rosja ukazuje się na ekranie jako starsza pani (jej nazwiska niestety nie wymieniono w obsadzie), przepraszająca za „gówniarzy”, którzy w jej imię, a wbrew jej woli gnębią i mordują innych (moment bardzo ryzykowny, ale paradoksalnie ocalony i wzmocniony przez pewną naiwną amatorskość wykonania).

Jakby tego wszystkiego było mało, na scenie pojawia się też „Polski wzruszony działacz kultury Hołdzimierz Władyszłap Praszto” (Piotr Sieklucki), który wprowadza tematy rodzime – ambiwalencję pomocy, za którą tak bardzo chcemy być chwaleni, wcale nie prosty stosunek do Ukraińców, a w końcu całą serię chwilowo wyciszonych pretensji i oskarżeń. Niekłamana vis comica Siekluckiego i świetne wyczucie konwencji sprawiają, że jego pojawienie się nadaje szwungu przedstawieniu, które wcześniej co chwila buksowało w miejscu. Także z tego powodu temat „polski” zaczyna dominować nad rosyjskim, który chyba miał być głównym, a z pewnością jest jedynym zawiązującym przynajmniej pozór wątku fabularnego.

Nagromadzenie tematów przy braku wyrazistej nici łączącej to kolejna mina, na której przedstawienie wylatuje w powietrze, stając się serią słabo ze sobą powiązanych wariacji na temat okoliczności wojny w Ukrainie. Łatwo z tego uczynić zarzut wręcz negujący sens i wartość spektaklu. Należę jednak do tych, którzy uważają, że lepiej się pomylić i powiedzieć jakieś głupoty, niż milczeć (jeśli milczenie jest złotem, to ukrytym od dawna w szwajcarskim banku i nikomu do niczego nieshiżącym). Od warsztatowej sprawności zdecydowanie ważniejsza jest emocjonalnie uczciwa, choć może nieracjonalna potrzeba, by wpaść na pole minowe i doprowadzić do serii eksplozji rozwalających zbyt gładką i łatwo łykalną fasadę medialną.

Gdy już wszystkie fasady eksplodują, a scena zamieni się w pobojowisko i śmietnik, wchodzi na nią młody ukraiński tancerz i na tle zdjęć ukazujących ruiny miast wykonuje choreografię, która samą siłą jego skierowanej w przyszłość energii rzuca tym ruinom wyzwanie. Jest w jego tańcu jakaś realność wyższej rangi, która na tym śmietniku naszych wojen chwyta za gardło.

Po wyjściu z teatru, czekając na tramwaj, obserwuję, jak niedawni widzowie „NaXuj” przekraczają siekaną deszczem ulicę i idą w stronę Kazimierza. Zapewne wielu ma przed sobą jeszcze długi piątkowy wieczór. Nie sądzę, by ktokolwiek w Nowym chciał im go zepsuć czy przerwać, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby przy piwie jeszcze długo rozmawiali o tym, co właśnie widzieli.

Tytuł oryginalny

Na rogu Sex Pistols i Bożego Ciała

Źródło:

„Tygodnik Powszechny” nr 25

Autor:

Dariusz Kosiński

Data publikacji oryginału:

19.06.2022