Archive Page

Wywiad GK

29 marca, 2026 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

Śpiewa Kazika lepiej niż Kazik, rozumie duszę Ryśka Riedla, choć mówi, że nie z jego muzycznej bajki, za rolę Matki Boskiej Częstochowskiej zbiera owacje na stojąco. Piotr Sieklucki, aktor, reżyser, dyrektor Teatru Nowego Proxima na Dzień Teatru życzy sobie i swojemu teatrowi: „dobrych budżetów i wiatru w artystyczne żagle”.

🎭 O marzeniach i planach z Piotrem Siekluckim rozmawia Anna Piątkowska w Gazecie Krakowskiej ‼️

Link do artykułu w komentarzu lub ⬇️

🎭 Dzień Teatru to patetycznie zapytam, czym dla ciebie jest teatr?

To zależy. Jeśli pytasz o teatr w ogóle, to najczęściej jest to miejsce nudy, natomiast jeśli chodzi o Teatr Nowy Proxima to jest to mój dom.

🎭Nudzisz się w teatrze?

Jestem bardzo złym widzem. Ostatnio stwierdziłem, że ciężko mi wytrzymać na wielu spektaklach kolegów, choć są wyjątki, czasami są rzeczy piękne i genialne. Bywa więc, że się męczę, ale też teatr jest moją miłością, wybranką życia i domem.

🎭Żeby poczuć, że się jest w domu musiałeś założyć własny teatr?

Nie było dla mnie miejsca w teatrze instytucjonalnym. 20 lat temu zamknięte były dla mnie drzwi każdego instytucjonalnego teatru, od prowadzonego wówczas przez Mikołaja Grabowskiego Starego Teatru, aż po Teatr Słowackiego, na czele którego stał wtedy Krzysztof Orzechowski. Z takiej sytuacji narodził się 20 lat temu Teatr Nowy, od 10 lat Proxima.

🎭W którym nie ma nudy?

Bywa, że jest. Ale na szczęście z bardzo rzadka. To nie jest tak, że bezkrytycznie oceniam swoje miejsce, nie. Nawet jeszcze bardziej krytycznie i, oczywiście, cieszę się jak wychodzi i złoszczę, jak nie wychodzi. W takim teatrze jak nasz wydanie każdej złotówki na produkcję niesie ze sobą myśl, że ona musi się zwrócić, że spektakl musi się sprzedawać. I nie chodzi tu o komercyjne podejście, ale właśnie artystyczne, czasem pełne ryzyka. Jak coś się nie udaje, to nie katujemy tym widzów przez kolejne sezony. Bywało, że zaraz po premierze tytuł schodził.

🎭Jak myślisz, czemu te teatralne drzwi były dla ciebie zamknięte? Chciałeś inaczej opowiadać, o czymś innym?

Jako aktor szukałem pracy w jednym, drugim, trzecim miejscu. Kiedy widziałem, że mniej zdolni koledzy dostają etaty narodowe, a ja dalej szukam, uznałem, że trzeba układać życie na swoich zasadach.

🎭Z początkami twojej drogi reżyserskiej wiążą się kontrowersyjne spektakle i one też zamykały drzwi.

Rzeczywiście słynny „Drakula” w kieleckim teatrze i konflikt ze świętej pamięci Piotrem Szczerskim, który powiedział, że na pornografię nie ma miejsca w polskim teatrze i nas z hukiem po miesiącu wyrzucił przekreślając naszą dziesięcioletnią współpracę przyklejały łatkę “kontrowersyjny”. Nie pomagały moje wypowiedzi 20 lat temu, kiedy zakładaliśmy Teatr Nowy, nasze słynne pochody „Procesje mojego ciała”, po których miasto było torpedowane interwencjami, że taki teatr nie powinien w Krakowie istnieć. Słynne “Lubiewo” czy “Macabra Dolorosa” to są wydarzenia, które dodawały skrzydeł i zamykały pewne drzwi jednocześnie. Kary najczęściej były finansowe – nie dostawaliśmy pieniędzy na różne projekty. Myślę jednak, że przez te 20 lat udowodniliśmy, jak wiele jesteśmy warci. Bywa jednak, że ma się najlepszego reżysera, najlepszy tekst, najlepszy pomysł, a jednak nie wychodzi. I nie wiadomo dlaczego. Te 20 lat Teatru to czas pasji, prób, poszukiwań, z których jestem dumny. Jestem dumny z ludzi, którymi teatr się otacza, jestem dumny ze współpracowników i z aktorów, z wielu przyjaciół teatralnych. Teatr Nowy Proxima jest miejscem wyjątkowym, jakiego nie ma w Krakowie, a na pewno nie ma w sektorze NGO. Kto zna nasze miejsce, przyzna mi racje.

🎭W swoim teatrze ty rozdajesz karty, ale ścieżki i tak trzeba wydeptywać, żeby zdobyć pieniądze. To dalej jest niezależność?

Teatr siłą rzeczy wymaga kompromisów, także politycznych, choć pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Nigdy nie dogadam się z ludźmi o PiS-owskich poglądach. Konfederackich tym bardziej. Nasze wartości są kompletnie inne. Wiem, że gdyby tym miastem zarządzało któreś z tych ugrupowań, byłoby bardzo źle – nie sądzę, żebym się z nimi dogadał. Ostatnio na „Korze” gościliśmy przedstawicieli Konfederacji, ostentacyjnie przy owacjach na stojąco nie wstali.


Surowo oceniasz, przecież nie wyszli w trakcie.


Pewnie przez wymuszoną grzeczność, a może nie? Nie wiem.

🎭Teatr Nowy Proxima został społeczną instytucją kultury w pilotażowym projekcie miasta. Co wam to daje?

Od teraz Miasto pomaga nam na polu infrastrukturalnym. Do tej pory nie mogliśmy otrzymać dotacji np. na czynsze. Jeśli chodzi o finansowanie to sceny instytucjonalne dostają 70 proc budżetu i 30 muszą wypracować, my odwrotnie – 70 proc. musimy wypracować. Ale to też wbrew pozorom daje wiatr w żagle. Projekt Społecznych Instytucji Kultury pozwala nam w ramach tych funduszy, które wygospodarowało miasto zapłacić za etatową pracę i pokryć w więcej niż 70% czynsze Teatru Nowego Proxima i Pałacu Nieśmiertelności, a te do niskich nie należą. Dla nas to światełko w tunelu oznaczające, że społeczne instytucje kultury maja sens i zrobimy wszystko, by to przekonanie w magistracie utwierdzić. To jest wielki projekt Wydziału Kultury i Prezydenta Miasta Krakowa, za który jestem wdzięczny, i udowodnię, że w naszym przypadku ma to wielki sens. Pałac Nieśmiertelności ma przecież misję społeczną, animacyjną, edukacyjną i kulturotwórczą.

🎭Pałac powstał, bo pomysły już się nie mieszczą w Teatrze Nowy Proxima?

Wspólnie z Łukaszem Błażejewskim zakładając to miejsce myślałem, że będzie ono jak najdalej od teatru, że Krakowska 41 będzie miejscem premier, a Pałac Nieśmiertelności przestrzenią, gdzie możemy się skupić na nauce, filozofii, medycynie – takie miejsce chcemy tworzyć. Planujemy dużo spotkań z lekarzami, dotyczących programu długowieczności. Nie mieliśmy miejsca na wernisaże – teraz odbywają się w Pałacu. Wracamy tu też do szkoły z projektem „Nieśmiertelna klasa”, żeby się uczyć – będzie ZPT, projektowanie, szycie, ale też matematyka, fizyka. To miejsce daje upust naszym innym fascynacjom. Czasem, jak czytam książki o medycynie, fizyce, chemii myślę, że świat jest właśnie tu, nie w teatrze.

🎭Znowu słyszę nutę znużenia teatrem?

Nie, potrzebowaliśmy bardziej miejsca spotkań z widzami, z przyjaciółmi. Nuda związana z teatrem jeszcze nie przyszła, każdy spektakl jest wyzwaniem. Kiedy myślę o tych, które przed nami „Tożsamości Davida” o Davidzie Bowie czy spektaklu o Michaelu Jacksonie, który chcemy zrobić, to myślę w kategoriach ekscytacji. Dalej jestem na teatr nakręcony, ale na swój teatr, na swoich zasadach. Nie przyjmuje, a są, propozycji reżyserowania w innym teatrze… no może w Narodowym bym rozważył. Mam swoje miejsce, które daje mi satysfakcję z pracy, a jest ono większe niż Narodowy. Kochamy to miejsce, choć przydałaby się większa widownia i mniejszy czynsz.

🎭Aktorstwo też cię nadal kręci?

Tak, ale też na swoich zasadach. Co zresztą widać, bo gram tylko w swoich przedstawieniach i Kasi Chlebnej np. w „Korze”. Dostałem nawet propozycję od Kasi w jej nowym przedstawieniu „Sinead. Łysa wariatka”, ale już nie czuję takiej potrzeby. Trudno mi przychodzi praca z innymi niż ja sam reżyserami. Podglądałem pracę Piotrka Wacha czy Iwony Kempy właśnie z myślą, że chyba bym nie dał rady już tak pracować, jeśli coś nie jest moje. Oczywiście, aktor etatowy musi zagrać bez względu na oceny, czy mu się podoba, czy nie. Ja chcę być wolny.

🎭Odmówiłeś Katarzynie Chlebny? Myślałam, że was dwoje śpiewających na scenie, muzyczna gwiazda jako bohater to wasz przepis na sukces.

Oczywiście, to by się sprawdziło, ale potrzebne jest świeże powietrze. Coś jednak z tego przepisu na sukces zostanie – Kasia zrobiła wewnętrzny casting na rolę Sinead i go wygrała. A tak poważnie, oczywiście my się już świetnie z Kasią dotarliśmy i pewnie niejeden spektakl w duecie jeszcze razem zrobimy, ale musimy się posiłkować innymi ludźmi, musimy wpuszczać na scenę debiutantów, którzy – swoją drogą – są świetni, wnoszą dobrą energię.

🎭Jako teatr jesteście otwarci na debiutantów, da się to zauważyć.

To oczywiście trudne, ryzykowane w kontekście finansów, ale trudno żebyśmy ciągle z Kasią Chlebny występowali. W „Sinead”, który będzie miał premierę na koniec maja też pojawiają się cztery debiuty, ale posiłkujemy się tez aktorami z teatrów instytucjonalnych.

🎭Wrócę do tego, że teatr cię nudzi. Twoim zdaniem teatr nie ma dziś takiej siły, która przyciąga, utrzyma uwagę dwie godziny, a bywa i więcej, opowie o tym, co aktualne ciekawym językiem? Statystyki dotyczące bywalców teatru nie są optymistyczne.

W tej kwestii jestem optymistą. Myślę, że teatr może mieszać w życiu i w życiu politycznym też, im bardziej się wtrąca tym lepiej. Oglądając takich twórców jak Frank Castorf, Florentina Holzinger, Łukasz Twarkowski czy Ewelina Marciniak można się w tej wierze utwierdzić. Bywa też, że niewielkie aktorskie spektakle mają ogromną siłę. Wierzę w teatr i jego siłę rażenia. A jeśli chodzi o statystki – zobacz, ile w Krakowie jest teatrów, które codziennie grają i przecież nie dla pustej widowni. Chyba nie jest tak dramatycznie, jak mówią.

🎭Dziś czujesz się bardziej reżyserem, aktorem czy dyrektorem?

Chyba wszystkim, chociaż świętej pamięci Edward Lubaszenko mi mówił: Musi pan się zdecydować. Nie można, k*** to i to, i to i jeszcze co? płytę chce pan nagrać? Ale ja nie jestem w stanie się zdecydować, procentowo po równo granie, reżyserowanie, administrowanie. Może dzięki temu nie zwariowałem?

🎭Aktorstwo to twoje spełnione marzenie?

Tak. W moim cudownym liceum – XXII LO we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Popiel – cudowny człowiek – w pierwszej klasie pozwalał mi, żebym robił teatr. Dostałem klucze od auli i właściwie przez cztery lata robiłem teatr zamiast chodzić na matematykę i fizykę. Robiłem wtedy teatr ze swoim nauczycielem, Selimem Mucharskim. Przychodzili wszyscy. Byłem też wtedy Przewodniczącym Klubu 1212 Teatru Polskiego we Wrocławiu. Wtedy już wiedziałem, ze chcę studiować aktorstwo więc jakże się rozczarowałem, gdy nie udało się za pierwszym razem dostać. Jak już się dostałem, było fajnie, ale po skończeniu aktorstwa pomyślałem, że jednak bardziej mnie pociąga reżyseria. Od tego, żeby zdawać na ten wydział powstrzymała mnie myśl, że będę pracował z tymi samymi pedagogami. Stwierdziłem, że jednak bym tego nie wytrzymał. Jestem reżyserskim samoukiem.

🎭Dziś sam jesteś wykładowcą. Czerpiesz od młodych?

Myślałem, że tak będzie.

🎭Za to o swoich mistrzach wspominasz często.
Igor Przegrodzki, jeszcze z Wrocławia, wielki, wspaniały aktor. Bogdan Hussakowski – mój mentor, profesor, mistrz, z którym też zakładaliśmy Teatr Nowy Proxima. Był pierwszym reżyserem, który robił tu „Pana Jaśka”, w którym grałem z Dominikiem Nowakiem i Juliuszem Chrząstowskim. Edward Lubaszenko, który też zawsze z nami był, robiliśmy razem spektakle, spędzaliśmy wspólnie święta, wypiliśmy niejedną wódeczkę. To były osobowości, ludzie, którzy mnie kształtowali, moje postrzeganie teatru. Łukasz Błażejewski namalował mi ich portrety, wiszą tu w teatrze w gabinecie, bo każdy z nich jakieś piętno na tym miejscu odcisnął. Zastanawiam się, czy to pokolenie, które ja uczę będzie miało swoich mistrzów?

🎭Wspomniałeś o wódeczce. Bankiety teatralne starsze pokolenie aktorów wspomina z sentymentem, ale też to życie po spektaklu. Mówią, że dziś już tego nie ma, po spektaklach szybciutko do domu.

To prawda, ale tempo życia jest dziś zupełnie inne. Nie możemy się obrażać na świat, że się zmienia, a zmienił się też rynek pracy aktorów. Nierzadko pędzą do domu po przedstawieniu, bo o 8 rano muszą być na planie serialu czy reklamy. Kiedyś nie było takich możliwości, jedynie co mogli, to albo wrócić do domu i czytać książkę albo pić z kolegami. W Teatrze Nowym Proxima staramy się pielęgnować tę tradycję spotkań po spektaklach – oczywiście nie na bankietach do rana jak funkcjonowały słynne SPATiF-y, bo takiego trybu życia nie da się prowadzić, ale dbamy o to, żeby aktorzy i reżyserzy spotykali się w kawiarni z publicznością, porozmawiali, podpisali plakat. Wychodzimy do widzów, pielęgnujemy relację z nimi. Tego uczymy też młodych aktorów, żeby tę społeczność budować. Do tego też mamy Pałac, by ta społeczność miała swoje miejsce.

🎭Masz postać, którą najbardziej lubisz grać? Masz taką?

Chyba „Świętego Ryśka ze Ślaska”, bo jest bardzo osobisty. Lubię też Matkę Boską Częstochowską, w której obsadziła mnie Kasia Chlebny w „Korze”, choć ona w większości siedzi patrząc jak Kasia gra. Ale jest taka nasza, naburmuszona, przaśna, wkur***, rozdarta między tym czy czytać książki, czy być kibolem. Lubię Eltona z „Królowej”. Ostatnio jak szedłem w galerii usłyszałem: Ty, Elton John poszedł. Było to miłe.

🎭Jaki życzenia na Dzień Teatru chciałbyś usłyszeć?

Dobrych budżetów i wiatru w artystyczne żagle. To drugie jest nawet ważniejsze, bo jak się ma dobre rzeczy, to pieniądze się znajdą. Nawet drogie bilety schodzą, „Kora” za chwilę będzie miała 200 zagranych spektakli – to dużo jak na taki teatr jak my. Nie możemy narzekać, bo na reklamę wydajemy 0 zł. Wieść o naszych spektaklach idzie najlepszą drogą, czyli przez rekomendacje widzów, marketingiem szeptanym.

🎭Czyli sukces?
Tak, jestem szczęśliwy.

Jakub Ormaniec- wywiad

26 lutego, 2026 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

Piotr Sieklucki: Jesteś na końcu swojej edukacyjnej drogi. Jak oceniasz kilka lat na
wydziale aktorskim Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego?

Jakub Ormaniec: Naukę na wydziale oceniam bardzo dobrze. Nie mając dużego doświadczenia aktorskiego przed rozpoczęciem studiów, zależało mi przede wszystkim na zdobyciu warsztatu i konkretnych umiejętności. Chciałem jak najwięcej pracować na różnorodnym materiale, żeby w przyszłości czuć się pewnie i móc działać samodzielnie w różnych rolach. Miałem poczucie, że szkoła powinna przede wszystkim dać mi narzędzia, a jednocześnie nie zabić mojej kreatywności i wrażliwości. Uważam, że to się udało dzięki świetnej kadrze, warsztatom mistrzowskim i bardzo dobremu programowi nauczania. Oczywiście dużo rzeczy jest jeszcze do zrobienia, szczególnie organizacyjnie, ale bardzo wierzę w ten wydział i dalej mu kibicuję.

Dostałeś się do państwowej Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu, ale jednak zostałeś w Krakowie, w dodatku we Fryczu na płatnym wydziale. Skąd taka zaskakująca i nierozważna dla wielu decyzja?

Nie wywodziłem się ze środowiska aktorskiego, nie grałem wcześniej w żadnych teatrach i nie chodziłem na zajęcia aktorskie. W krakowskim Larcie tak naprawdę po raz pierwszy uczestniczyłem w jakichkolwiek zajęciach. Wydaje mi się, że przez to patrzyłem na szkoły w trochę inny sposób, niż reszta. Na mój wybór złożyło się kilka czynników. W Larcie poznałem Pana Dariusza Starczewskiego który zrobił na mnie bardzo duże wrażenie i nauczył podstaw na tyle, że w ogóle zacząłem rozważać studia aktorskie. On opowiadał nam o Fryczu. Bardzo nie chciałem rezygnować z życia poza szkołą i być w niej zamknięty bo wydawało mi się to szkodliwe i dla zdrowia i dla aktorstwa. Kadra we Fryczu była (i jest) fantastyczna i bardzo zależało mi na spotkaniu z ludźmi którzy pracują w zawodzie – na poznaniu aktorstwa od jak najbardziej praktycznej strony i na samodzielnym działaniu. Dodatkowo w tamtym czasie wychodziło na jaw dużo afer mobbingowych związanych ze szkołami, oraz nie podobał mi się sposób egzaminów wstępnych na studia – forma „castingu” i mówienia monologów. Zdecydowałem, że jeżeli już idę na tak „nieprzyszłościowe” studia to równie dobrze mogę wziąć kredyt studencki, zaangażować się na sto procent w szkole w której naprawdę chcę być i zobaczyć co się stanie. Po drodze było dużo zwątpień, jak to w tym zawodzie, i sam się czasami sobie dziwię, że to wtedy zrobiłem, ale bardzo dużo mnie to nauczyło.

Przymierzasz się do roli Doriana Graya. Jak pracujesz?

Rola Doriana to duże wyzwanie. Zacząłem od zastanowienia się, czym dla mnie jest piękno i jak się objawia. To wcale nie jest proste pytanie, mimo że wszyscy podświadomie je czujemy. Potem skupiłem się na bardziej przyziemnych sprawach – statusie Doriana, jego relacjach z innymi i na tym, na czym tak naprawdę mu zależy. Szukałem też punktów wspólnych między mną a Dorianem. Oglądałem filmy z postaciami, które w jakiś sposób kojarzyły mi się z moim Dorianem, takie jak „American Psycho”, „Utalentowany pan Ripley” czy „Ojciec chrzestny”. Prowadzę dziennik z tego procesu, który chcę wykorzystać w pracy magisterskiej. Zbieram pomysły i przemyślenia – może się przydadzą, a może nie, ale dobrze mieć taki plecak, z którego można czerpać. Bardzo pomagają mi też spotkania w Pałacu Nieśmiertelności, które otwierają wiele nowych kontekstów przydatnych w kreowaniu postaci. Ostatecznie jednak najważniejsze są interakcje z innymi bohaterami. Mogę przygotować bardzo dużo, ale w kontakcie z partnerem scena może pójść w zupełnie inną stronę. Mamy świetną obsadę i super obserwuje się, jak wzajemnie na siebie wpływamy.

Nie ukrywam że jesteś mocno utalentowanym młodym aktorem, gdzie widzisz siebie za
rok, a gdzie za 10 lat?

Dziękuję! Ciężko powiedzieć. Kocham aktorstwo i gdybym mógł grać na pewno chciałbym to robić. Jest jednak bardzo dużo świetnych aktorek i aktorów którzy niestety z różnych względów nie grają. Widzę, że samo granie jest małą częścią tego zawodu i na to, czy będzie się miało pracę wpływa masa innych czynników. Jest tyle możliwości, że ciężko mi określić co będzie za rok. W końcu skończę studia – z całą miłością do szkoły, 5 lat to zdecydowanie za długo – więc może za rok w lutym widzę się na wakacjach all inclusive w Egipcie. A za 10 lat? Chciałbym mieć własny mały teatr i nakręcić film z przyjaciółmi.

Co jest ci bliższe teatr czy kino?

Do oglądania zdecydowanie kino. W teatrze kocham to, że można spotkać się twarzą w twarz z drugim człowiekiem, że wszystko jest żywe i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Nadal jednak mam wrażenie, że widziałem więcej świetnych filmów niż świetnych spektakli. Jeśli chodzi o granie, nie wiem, co wolę. Wszystko zależy od materiału i od ludzi. Film kocham za to, że gra się raz i jest się bardziej zależnym od czynników zewnętrznych – zdjęć, światła, montażu – więc jest się małą częścią czegoś, co później samemu można zobaczyć. Teatr z kolei za to, że gra się wiele razy i ma się większą wolność. Yin i yang.

Chciałbyś być wiecznie piękny i młody jak Dorian Gray?

Nie. Ale to się może zmieni, jak będę stary i brzydki.

Co w tej pracy nad premierą jest dla ciebie wyzwaniem?

Piosenki. To mój pierwszy spektakl muzyczny, więc jest stresik, ale to dobrze – wyzwania motywują. Drugą sprawą jest archaiczny język. To duże wyzwanie, ale jednocześnie ogromna pomoc w kreowaniu postaci. Największym wyzwaniem jest jednak chyba ustawianie kalendarzy pod próby.

Tomasz Armada- wywiad

26 lutego, 2026 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

PIĘKNO NIE JEST GRZECZNE

Piotr Sieklucki: Nasz nowy biuletyn poświęcony jest z jednej strony pragnieniu wiecznej młodości, a z drugiej pięknu i modzie. Rozmawiamy przy okazji naszej premiery „Dorian Gray”. Młodość, piękno, moda. Czym jest dla ciebie, jako wybitnego projektanta moda, a czym młodość i piękno?

Tomasz Armada: Moda to dla mnie jedynie narzędzie wyrażania siebie. Jest to coś, co jestkomunikatem, naszym wyjściem w przestrzeń do ludzi i do teatru codzienności. Moda daje nam język nawet wtedy kiedy nie chcemy nic mówić. Młodość dla mnie jest ciekawością życia, chęcią zmian, zdolnością do wyjścia poza własny repertuar. Nie ma nic wspólnego z metryką. Piękno natomiast jest prawdą, która czasem uwiera. Piękno dla mnie nie jest grzeczne. W tym sensie moda może być uczciwa: nie robi z ciebie kogoś innego, tylko pozwala ci być bliżej siebie i bardziej sobą, nawet jeśli to nie jest łatwe czy wygodne dla otoczenia.

Czym kierujesz się w projektowaniu? Co cię nakręca?

Nakręca mnie zaskakiwanie samego siebie, odkrywanie kolejnych rejestrów nieoczywistych zestawień symbolicznych, ale też wizualnych. Napędza mnie odkrywanie kolorów, które wzajemnie ze sobą działają elektrycznie, w kontekście innych zestawień zyskują nowe życie, nowe świecenie. Często też ważny jest sam surowiec, jego właściwości oraz przeciwności i bariery, które stawia. Ostatnio najbardziej ciekawiła mnie praca z materiałem który miał inną fizykę niż każda tkanina – nie poddawał się mojej wprawnej ręce i czułem się jakby to znów był mój pierwszy raz w drapowaniu. Niesamowite uczucie.

W sierpniu 2021 roku zostałeś wyróżniony w amerykańskim magazynie Vogue jako jeden z 27 młodych, najciekawszych i niezależnych projektantów mody na świecie. Czy to trudny „kawałek chleba”?

To moje życie i pasja. Nie traktuję tego jako kawałek chleba, a raczej jako sposób na życie. To trochę lifestyle, chociaż nie dźwigam tego słowa, ale cały czas tym żyję. Jestem w tym, to
moja pasja, sposób na życie, a nie zarobek. Mam wrażenie, że niejeden artysta performer
mógłby tematyzować takie życie jako pracę albo performans, a dla mnie jest to filozofia
życia!

Kto był i jest dla ciebie wzorem? Skąd bierzesz inspiracje w projektowaniu?

Wzorem dla mnie od początku był Witold Gombrowicz. Uświadomił mnie, że inspiracją może być wszystko, co w danym momencie zobaczysz. Schylisz się, klękniesz i będzie tam gałązka. Zobacz ją. Tak jak w „Kosmosie” Gombrowicza – to ty decydujesz i nadajesz sens pozornie nic nie znaczącym rzeczom, znakom. Z mody inspiracją dla mnie był niewątpliwie Alexander McQueen. To dzięki niemu zainteresowałem się modą. Każdy jego pokaz był jak przedstawienie, a sam ubiór traktował on w bardzo teatralny sposób. Terminował też u rzemieślników i w warsztatach teatralnych, co też dla mnie było inspiracją do poznania backstage’u i technik kroju.

W swoich projektach zacierasz granice pomiędzy płciami. Do kogo adresujesz swoją
markę?

Archetypem mojej marki jest osoba która ma dwoistą naturę; osoba z dwóch skrajnych światów; osoba w transferze; często to są osoby, które łączą dwie pozornie niepasujące do siebie dziedziny np.: biznes i sztukę, farmację i malarstwo, rachunkowość i muzykę, teatr i chirurgię, high fashion i programowanie. Takie są Osoby Armady – w ciągłym tranzycie, ciągle na skraju dwóch różnych światów. Osoby, które chcą mówić własnym głosem, nie wstydzą się swojej tożsamości, chcą się wyróżniać i przekraczać granice

Jesteś coraz bardziej rozpoznawalny, nad jaką przyszłością pracujesz dla siebie? Kim
chciałbyś być za lat 20, w jakim miejscu?

Marzy mi się, aby moja marka była samodzielna i samowystarczalna. Tworzyła nadal miejsca pracy i powodowała zmianę w swojej branży; nadawała ton działaniom dla innych; inspirowała, skłaniała do działania i myślenia. Chciałbym aby stanowiła też oddzielny byt ode mnie tak, żebym ja mógł w całości poświęcić się artystycznym rzeczom i jedynie kreował wizję rozwoju. Aktualnie bardzo dużo jest operacyjnej bolączki, która często skupia się na moich rękach, a ja chciałbym mieć więcej czasu na niezobowiązującą twórczość, malarstwo, rzeźbę oraz rzeczy mi totalnie odległe jak ceramikę i mozaikę.

Projektowałeś już kilkakrotnie dla teatru, czy to satysfakcjonująca praca?

Ostatnio liczyłem ile projektów typowo teatralnych zrealizowałem. Było około 30 przedstawień. Pracowałem głównie jako kostiumograf. Drugie tyle byłoby rzeczy takich jak kostiumy estradowe, występy performatywne, kostiumy taneczne i performerskie. Długo wzbraniałem się od robienia kostiumów. Odmawiałem wszystkim aż do 2019 roku. Wtedy pierwszy raz powiedziałem „ tak” i w ciągu 12 miesięcy zrealizowałem 11 przedstawień. Była to jazda bez trzymanki i skakanie po rejestrach bliskich obłędowi. Rzucałem się: z jednego projektu w Poznaniu, gdzie robiłem wszystko monochromatyczne, do kostiumów horror vacui, które były całe w cekinach w Łodzi. W pewnym momencie było kilka premier jednego dnia. Cieszę się, że finalnie wybuchła pandemia i pozwoliła mi się zatrzymać, bo nie wiem gdzie bym skończył. Kwarantanna była dla mnie ratunkiem. Wtedy pierwszy raz zacząłem myśleć o higienie pracy i o tym, że jestem ciałem fizycznym, a nie tylko duchowym bytem bez granic kreatywności.

Po jednym z naszych spektakli siedzieliśmy z Arkadiusem w naszej kawiarni. Opowiadał o tym, jak wymagający, ciężki i niewdzięczny jest to zawód, jak bardzo świat mody jest paskudny, wysysający, bezwzględny. Dzieli was całe pokolenie. Tak jest w istocie?

Arkadius też odwiedził mnie w mojej pracowni. Było to niesamowite i ciekawe spotkanie z mistrzem. Jego życiorys był dla mnie od początku przestrogą, oczywiście finalnie i tak uczyłem się na własnych błędach, ale myślę, że czasy się zmieniają a ludzkie mechanizmy pozostają poza czasem. O tym też jest właśnie teatr i wszystkie dobre dramatyczne teksty nigdy się nie starzeją, bo natura ludzka pozostaje bezmienna.
Ja też byłem o krok od upadku i bankructwa. Osoby mi bliskie i moja poprzednia ekipa asystencka tak mnie zmanipulowała i zgaslaitingowała, że byłem już przekonany o tym, iż to mój koniec. Myślałem, że zwariowałem. Całe szczęście zawalczyłem o siebie i poszedłem do specjalistów, którzy powiedzieli mi wówczas: „Mamy dla pana złą wiadomość, niestety jest pan okazem zdrowia, ale ma pan wokół siebie toksyczne środowisko”. Wiązało się to z wyprowadzką z Warszawy, odcięciem się tego środowiska. Wielu ludzi zostało potem nastawianych przeciwko mnie, ale ja całą siłę poświęciłem na to, aby walczyć o siebie, a nie o ludzi, którzy tworzyli pozory bliskości. Chcieli po prostu przejęć mój dorobek i moje kontakty.

W jakim miejscu chciałbyś mieć swój butik?

Widzę to szerzej niż „butik”. To ma być sieć żywych punktów, które działają jak pracownie i sceny jednocześnie. Docelowo chcę mieć dwie bazy: Pierwszą w Łodzi, na Księżym Młynie, gdzie jest mój rdzeń, rzemiosło i ten industrialny nerw, z którego wyrasta cała Armada. Druga na Sycylii, w przestrzeni z kamieniem, mozaiką, słońcem i historią. I teraz najważniejsze: to nie mają być punkty „sprzedażowe”. To mają być performatywne pracownie, gdzie proces jest widoczny. Witryna żyje. Człowiek widzi, że coś się dzieje: szycie, barwienie, przymiarki, zmiana sylwetek, praca z obiektem. Ktoś przechodzi ulicą i ma
poczucie, że patrzy na scenę, a nie na ekspozycję. Z tych dwóch baz wypływa reszta: flota ARMADY w najważniejszych miastach mody! Nie jako powielanie tego samego sklepu, tylko jako serie pop-upów i współprac w miejscach, które mają sens. Każdy punkt karmiony prawdziwą energią z tych dwóch światów. Chcę, żeby moda znów była doświadczeniem i spotkaniem, a nie tylko produktem. Chcę żeby ludzie mogli poczuć, że wchodzą do świata w którym ciągle się dzieje, a nie kolejny sklep ze zwykłymi rzeczami. To jest miejsce, które robi z ubioru zdarzenie.

Tego tobie życzę i dziękuję za rozmowę.

Nowy biuletyn

11 lutego, 2026 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

repertuar_luty_2026Pobierz

Nieśmiertelni: Dorian Gray

14 stycznia, 2026 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

Celem przedsięwzięcia jest produkcja oryginalnej, wykorzystującej nowe technologie cyfrowe i AI, premiery teatralnej wg Oscara Wilda „Portret Doriana Graya”, w której wezmą udział młodzi debiutujący aktorzy i doświadczeni artyści z różnych dziedzin sztuk (architektura, aktorstwo, nauka). Premierę poprzedzi cykl 10 spotkań dotyczący technologicznych narzędzi i zasobów branży teatralnej, co podniesie kompetencje cyfrowe i ekologiczne uczestników. Wspólnie z doświadczonymi artystami (współpraca międzypokoleniowa) debiutujący aktorzy tworzyć będą teatralny wizerunek bohatera powieści mierzącego się z w dobie cyfryzacji i retuszu z transformacją własnego wizerunku. AI i algorytmy piękna to obecnie nowy przemysł, który chcemy wykorzystać.

Nazwa zadania: Nieśmiertelni: Dorian Gray.

Program: GRANTY/NIMiT/2025. Program wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju.

Kwota dofinansowania: 180 000,00 zł

Całkowita wartość zadania: 230 000,00 zł

Data podpisania umowy o finansowanie lub dofinansowanie zadania:  10. 2025

Dofinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

Supermarka Radia Kraków 2025!

25 grudnia, 2025 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

Supermarka Radia Kraków za 2025 rok przyznana! „Za budowanie bezpiecznych przestrzeni dla wykluczanych”

Teatr Nowy Proxima laureatem 14. edycji Supermarki Radia Kraków. Nagrodziliśmy scenę przy Krakowskiej za odwagę, repertuarową konsekwencję i budowanie bezpiecznych przestrzeni dla osób wykluczanych i dyskryminowanych.

Najważniejsza, doroczna nagroda Supermarki Radia Kraków trafi tym razem do Teatru Nowego Proxima. W 2025 roku nagrodziliśmy scenę za spektakl „Święty Rysiek ze Śląska” w reżyserii Piotra Siekluckiego. Ale wyrazistość, odmienność i „własny głos” Nowego słyszymy i obserwujemy od lat.

„Uważam, że teatr powinien przekraczać granice” – mówił jesienią tego roku dyrektor i założyciel Teatru Nowego, Piotr Sieklucki. I tej artystycznej odwagi trudno odmówić artystom Nowego. Ale nie tylko odwaga, spektakle odważne obyczajowo czy artystycznie, skłoniły nas do przyznania nagrody. Jeszcze ważniejszy okazał się konsekwentnie budowany repertuar, atrakcyjna, czasem rozrywkowa forma dla poważnych tematów oraz przede wszystkim środowisko, które od wielu lat otacza wsparciem scenę przy Krakowskiej. Tu bez obaw przychodzą osoby ze środowiska LGBT+, tutaj dobrze czują się seniorzy, tutaj ramię w ramię występują aktorzy innych, dużo większych teatrów: Starego, Słowackiego czy Ludowego. Teatr Nowy Proxima łączy ludzi.

Teatr Nowy w Krakowie założony został w 2006 roku przez Piotra Siekluckiego i Łukasza Błażejewskiego oraz grupę młodych artystów i absolwentów krakowskich uczelni (Dominika Nowaka, Tomasza Kireńczuka, Danę Bień oraz Marka Kutnika). Swoją pierwszą siedzibę przy ul. Gazowej 21 uzyskał dzięki mecenasowi sztuki Januszowi Marchwińskiemu. W roku 2016 Teatr przeniósł się do nowej siedziby przy ulicy Krakowskiej, pozyskując mecenasa strategicznego, Janusza Kadelę, prezesa przedsiębiorstwa inwestycyjnego Proxima-Service. W roku 2025 Teatr Nowy Proxima przy ulicy Krakowskiej 13 otworzył Pałac Nieśmiertelności – warsztatowe miejsce nauki, sztuki, medycyny i nowych technologii. Projekty wnętrz przygotował Art Director Nowego Łukasz Błażejewski. W świątecznym wydaniu magazynu „O teatrze bez przerwy”, w czwartek o 16.00, z Błażejewskim na antenie Radia Kraków Kultura rozmawiać będzie Justyna Nowicka. 

W tym roku jury Supermarki nie było jednomyślne, Teatr Nowy Proxima zwyciężył przewagą głosów. 

Magdalena Szumiec, Dziennik Literacki:

Od wielu lat obserwuję Teatr Nowy Proxima i widzę, jak się zmienia, jak walczy o swój styl. W ciągu kilku lat udało mu się wypracować bardzo wyrazisty styl. Myślę, że nie ma w Krakowie drugiej takiej sceny, którą rozpoznałabym z zamkniętymi oczami, po zobaczeniu pięciu pierwszych minut przedstawienia. Myślę, że Piotr Sieklucki ze swoimi aktorami, z całym zespołem, bardzo ciężko na to pracował. Dzięki temu mamy szansę oglądać tam przedstawienia, które z jednej strony mogą się wydawać lżejsze, rozrywkowe, ale nawet w tych lżejszych spektaklach widać, że one są „o czymś”, i, że zdecydowanie o coś więcej w nich chodzi, poza tylko rozrywką. Ale to nie są tylko spektakle rozrywkowe. Nagrodziliśmy już w tym roku  przedstawienie „Święty Rysiek ze Śląska” i to było, nie zawaham się powiedzieć, jedno z lepszych przedstawień, jakie ostatnio widziałam w Krakowie. „Kora” w reżyserii i z tekstem Katarzyny Chlebny pokazywana jest w całej Polsce, niebawem będzie przeniesiona do Teatru Telewizji. To z pewnością potwierdzenie ogólnopolskiej rangi teatru.

Łukasz Gazur, Spotkania z Zabytkami:

To, że teatr sięga po piosenki, nie oznacza, że nie dotyka ważnych, społecznych, egzystencjalnych wręcz tematów. Chciałem zwrócić uwagę na jeszcze jedno. Teatr Nowy, jeszcze bez tego dopowiedzenia „Proxima”, był jednym z pierwszych teatrów Krakowie, bardzo szeroko podejmujących działania społeczne. Realizował spektakle dla dzieci i inicjatywy dla seniorów. Twórcy ruszali do do małych miejscowości, gdzie Teatr Nowy animował życie kulturalne, w miejscach, gdzie ludzie mieli utrudniony dostęp do kultury. Dziś to dość popularne, wtedy pionierskie. Jestem absolutnie przekonany, że w tym roku Supermarkę powinien dostać dokładnie ten teatr.

Infrastruktura Kultury

16 grudnia, 2025 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Nazwa programu: Infrastrutura Kultury 2025

Nazwa zadania: Zakup wyposażenia mobilnego na potrzeby działalności z zakresu edukacji kulturalnej i artystycznej. VII etap

Kwota dofinansowania: 186 000 zł
Całkowita wartość: 232 500 zł

W ramach zadania zakupiony został zestaw do projekcji (projektor multimedialny wraz z soczewkami i osprzętem) a także zestaw kratownic scenicznych z wciągarkami.Zakup ten, będący kontynuacją zadań rozpoczętych w poprzednich latach i również wspartych dotacją MiDN, przyczynia się do podnoszenia standardów technicznych spektakli.

Jesteśmy wdzięczni MKiDN za wsparcie w modernizacji i rozwoju naszej infrastruktury.

Zimowy biluletyn

19 listopada, 2025 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

repertuar_listopad_2025_podgladPobierz

Piotr Wach- rozmowa

19 listopada, 2025 | piotr.teatrnowy@gmail.com |

ROZMOWA Z PIOTREM WACHEM, REŻYSEREM „SODOMY”

Piotr Sieklucki: Po co ci ta „Sodoma”? Nie można zadebiutować lżej?

Piotr Wach: Można, ale ja lubię na ostro. I myślę, że zdążyłem już przyzwyczaić część moich widzów do tego, że lubię na ostro. A Sodoma była mi potrzebna, żeby opowiedzieć o czymś co jest dla mnie ważne i o czymś co nie daje mi spokoju.

Co w pracy nad „Sodomą” było prawdziwym wyzwaniem? 

Podjęcie decyzji CZY to opowiedzieć. A później JAK to zrobić.

Przełamujesz spektaklem niejedno tabu dotyczące seksualności, dokonujesz wręcz jakiegoś aktu barbarzyństwa i samogwałtu;  czy widz, niekoniecznie mający twoją wrażliwość, zaczepność, tym bardziej doświadczenie, zrozumie? Co chciałbyś żeby poczuł? Z czym wyszedł? Czy może nie liczysz się z widzem?

Bardzo liczę się z widzami! Ale uważam, że coś niedobrego stało się w teatrze w ostatnich latach, twórcy zaczęli mylić troskę o widza z parentyfikacją. Projektujemy na widzach własne lęki o to, że nie coś będzie dla nich za trudne, że czegoś nie przyjmą, że coś ich stiriggeruje„za bardzo”. Dla mnie ta nadopiekuńczość kastruje wyobraźnię i zamyka nas w jakimś gorsecie poprawności – to jest prosta droga do cenzury! Uważam, że teatr powinien być przestrzenią spotykania się zarówno z tym co piękne, poruszające, wzniosłe jak i z tym co odmienne, inne, niewygodne. Z tym co być może nie należy do nas. Inaczej wszyscy będziemy dalej siedzieć w swoich bańkach. Moja „Sodoma” odsłania to, co dzieje się za zasłoniętymi oknami mieszkań współczesnych gejów. Nosimy w sobie wiele hipokryzji, pokazujemy światu swoją maskę „twojego miłego geja z sąsiedztwa” – segregujemy śmieci, płacimy podatki, chodzimy na parady równości, walczymy o związki partnerskie itp… Ale rzadko dzielimy się tym, jak zachodnio-liberalno-lewicowe wyzwolenie, aplikacje randkowe, dostęp do narkotyków i pornografia wpłynęły na naszą seksualność. Do świata hetero wysyłamy uśmiechnięty przekaz: „akceptujcie nas, jesteśmy tacy jak wy”. A wieczorem odpalamy Grindra i zabawa się zaczyna. Wtedy przestajemy być „tacy jak wy”.

Wracając jednak do pytania o widza – dla mnie teatr to takie miejsce, gdzie bezkarnie mogę patrzeć na drugiego człowieka. To taka usługa, po zakupie której mogę w zorganizowanych, sztucznych warunkach kogoś pokochać, znienawidzić, gapić się, z kimś się nie zgadzać albo właśnie zupełnie się zgadzać, pokibicować komuś, poczuć czyiś ból. Mogę pozwolić sobie na empatię albo wręcz przeciwnie – na chwilę stać się sadystą i czerpać przyjemność np. z bycia świadkiem czyjegoś przekroczenia. Teatr ma pobudzać w nas emocje, a nie zabezpieczać przed nimi.

Często pracujesz z nagością, to jest inna nagość niż przyzwyczaił nas w swoim teatrze Krystian Lupa czy Krzysztof Warlikowski, twoja nagość jest pornograficzna, obsceniczna, nazwę ją „analna”. Do czego jest ci ona potrzebna? W sensie artystycznym, metaforycznym, czy czysto zwierzęcym? 

Tak jak powiedziałem wcześniej, teatr to miejsce gdzie możemy bezkarnie patrzeć na drugiego człowieka. Pozwólmy sobie więc na chwilę bezwstydu i patrzmy gdzie chcemy. Jeśli aktor jest nagi na scenie – uznaję, że pozwala nam na to. 

Myślę też, że nagość w moim teatrze jest bliska tej, którą prezentuje w swoich spektaklach Krystian Lupa. Do dziś pamiętam fenomenalny monolog Piotra Skiby o nagości w spektaklu „Factory 2”. Dla mnie – wtedy dziewiętnastolatka, który wyjechał z małej wsi żeby uczyć się aktorstwa w Krakowie to było doświadczenie elektryzujące, po części katarktyczne. Słuchałem tego niekończącego się monologu, patrzyłem na jego penisa i płonąłem rumieńcem wstydu. 

Nie zgodzę się z tym, że nagość w moim teatrze jest pornograficzna. Pornografia według prawa to przedstawienie treści o charakterze seksualnym, mające na celu pobudzenie seksualne odbiorcy. Dużo bardziej pornograficzna może być seksowna bielizna i dobrze wyeksponowane ciało (miękkie światło, półcienie itp.) Wolę, żeby wyobraźnię widza pobudzało coś innego niż waniliowe soft porno na scenie. W moim teatrze nagość jest biologiczna. Jest ludzka. Jest po prostu.  

Co nie zmienia faktu, że Sodoma chyba jednak będzie przedstawieniem pornograficznym…

Przed próbami przeprowadzasz castingi. Mówisz swoim aktorom w czym wezmą udział, z czym będą się mierzyć; mówisz im, że nagość w tym przypadku to podstawa…. A jednak w pracy nad „Sodomą” młody aktor odpadł, chyba nie jeden. Dlaczego? Jak przebiega twój proces pracy z aktorami, performerami?

Lubię kiedy zespół jest niejednorodny. Stąd casting. Szukałem osób, które odważnie wejdą w temat, które nie boją się pracy z performansem, nagością i transgresją. Ale też, zorganizowałem casting, bo to najprostsza droga żeby się dowiedzieć, kto chce pracować ze mną. Myślę, że ten casting był bardzo ważnym momentem tego procesu. Jestem bardzo wdzięczny tym, którzy się na nim pojawili – nie tylko tym, którzy zostali wybrani. To był bardzo inspirujący warsztat wstępny, który pozwolił mi spojrzeć z trochę innej strony na „Sodomę” i potencjały tego świata.

W trakcie pracy odpadły dwie osoby: Ana Kuszarecka i Mikołaj Łukasiewicz, obie zrezygnowały po zapoznaniu się z tekstem spektaklu. Poinformowały mnie dlaczego rezygnują i przyjąłem te rezygnacje z otwartością, wiem, że temat jest bardzo wymagający i zależało mi, żeby pracować z ludźmi którzy mają pełną gotowość i ciekawość tego procesu. Natomiast dlaczego zrezygnowali – to pytanie trzeba zadać im, ja nie zamierzam się za nich wypowiadać.

Proces prób to dla mnie najciekawszy etap pracy. Wcześniej, kiedy pracowałem jako aktor lub performer, bardziej interesował mnie sam spektakl. Zawsze uważałem że prób było za dużo, były za długie i często niepotrzebne. Czekałem na moment konfrontacji dzieła z widzem. Teraz będąc po drugiej stronie, potrzebuję prób, żeby zrozumieć świat jaki wspólnie kreujemy. Staram się dawać zaproszonym przeze mnie artystom możliwie dużo swobody i wolności w trakcie procesu. Ale ostatecznie to ja podejmuję decyzję o finalnym kształcie dzieła. 

Scena to przestrzeń wolności – miejsce konwencji, gdzie nic nie jest „na prawdę”, więc w jakimś sensie wszystko staje się prawdziwe w tym jednym magicznym momencie „tu i teraz”. Nie znoszę ściemy, dlatego tak dużo uwagi poświęcam obecności performerskiej. Nie interesuje mnie budowanie „postaci” w psychologicznym znaczeniu tego słowa – chcę patrzeć jak dany aktor / performer wyraża siebie w zaprojektowanych przez nas wspólnie warunkach. Dzięki temu wierzę, że spektakle pozostają żywe i mogą się rozwijać wraz z czasem trwania eksploatacji spektaklu.

Jaki teatr chciałbyś w przyszłości robić? 

Autorski. Operujący rozpoznawalnym, wyrazistym językiem artystycznym. Chciałbym robić teatr, który będzie fascynował zarówno widzów, jak i ludzi którzy go tworzą. Chciałbym też mieć swój zespół.

Czego nienawidzisz w polskim teatrze? I za co go kochasz? 

Nie znoszę obłudy, hipokryzji, pięknych i wzniosłych haseł, konkursów, przepychanek. A kocham za różnorodność, odwagę i społeczność. Co by o nas nie mówić, jesteśmy jednak wielką bandą ludzi o szaleńczej, dziecięcej pasji, z której robimy sposób na życie.

Nie boisz się „Sodomy”, że może przypieczętować postrzeganie ciebie, jako chłopaka od porno? 

Przeżyłem już gorsze „łatki”. 

Jesteś w pracy empatyczny? Czy teatr można robić na chillu, bez przemocy, krzyku, granic?

O to trzeba zapytać ludzi z którymi pracuję. Wg mnie tak, albo przynajmniej robię wszystko co mogę, żeby być empatycznym i „na chillu”. Boję się przemocy, też nie jestem osobą która używa krzyku – więc nie wyobrażam sobie, że można robić teatr w ten sposób. Granice są nam potrzebne – podobnie jak świadomość, że warto je mieć, że wiemy gdzie je mamy i że to jest ok je komunikować.

Foto SODOMA Krzysztof Marchlak

Jacek Poniedziałek „SODOMA „

30 października, 2025 | Biuro Teatr Nowy |


ROZMOWA Z JACKIEM PONIEDZIAŁKIEM I PIOTREM WACHEM, REŻYSEREM „SODOMY” 

„ŻYWIĘ SIĘ MŁODĄ KRWIĄ”

Piotr Sieklucki:  Czym uwiódł cię Piotr Wach; młody, bezczelny, debiutujący Wach, któremu już w szkole teatralnej  przyłożyli  łatkę reżysera od porno?

Jacek Poniedziałek: Uwiódł mnie dokładnie tym, co wymieniłeś w swoim pytaniu: jest młody i bezczelny. Ale najważniejsza jest dla mnie jego odwaga w eksplorowaniu tego, co wciąż jest u nas w Polsce tabu, czyli transgresja w relacjach międzyludzkich. Dotyczy to zarówno sfery obyczajowej jak i całego naszego systemu wartości – z jednej strony opartego na dekalogu, z drugiej zaś na obowiązujących dziś zwłaszcza wśród ludzi wykształconych i aktywnie nadających ton dyskursu lewicowych hasłach poprawności politycznej, które krępują ekspresję i kastrują wolność wypowiedzi. Teatr służy czasem do zabawy, ale bliższy jest mi ten, który prowokuje, niepokoi, wsadza kij w mrowisko naszych nawyków myślowych, otwiera nowe pola tematyczne i jest oryginalny estetycznie. To wszystko odnajduję w krystalizującym się powoli, ale wyraźnie teatrze Piotrka Wacha. Podoba mi się też jego rozmach, bo on nie bierze jeńców.

Masz wielkie doświadczenie w pracy z reżyserami– od największych po najmniejszych, tych zaczynających, debiutujących. Potrafisz się jeszcze zadziwić? Jakie jest dla ciebie nowe pokolenie reżyserów? 

Zadziwiam się, owszem, choć nie jest to oczywiste. Oczywiście lubię pracować i często pracuję z młodymi twórczyniami i twórcami, zwłaszcza w filmie. Reżyserska młodzież budzi moją ciekawość, bo oni czytają inne lektury, słuchają innej muzyki, oglądają inne filmy niż moje pokolenie. Mówią nieco innym językiem, który też bardzo mnie inspiruje jako tłumacza współczesnej literatury teatralnej. To bardzo zdrowa i potrzebna wymiana perspektyw i spojrzeń. Cieszy mnie, że są ciekawi mojej perspektywy, że chcą korzystać z mojego doświadczenia i wiedzy, że inspiruje ich to, co lubię i co mi się podoba. Ja natomiast, by posłużyć się stwierdzeniem Jana Peszka z czasów mojej u niego nauki w szkole teatralnej, „żywię się młodą krwią’.  

Czym się kierujesz przy podejmowaniu decyzji, czy wziąć w czymś udział? Dla młodego debiutującego Wacha, z pewnością twoja zgoda na udział w „Sodomie” była wyzwaniem. Praca z doświadczonym aktorem i z nazwiskiem, zawsze jest stresująca dla młodego. czym tutaj się kierowałeś?

Kieruję się zawsze tym samym, co w skrócie mogę znów nazwać ciekawością czyjegoś świata i mentalu. Najważniejsza jest jednak dla mnie warstwa literacka, czyli poziom tekstu, jego oryginalność, słuch na autentyczny dialog, jakość zawartej w nim myśli. Staram się unikać bełkotu, chaosu i intelektualnego niedbalstwa, braku refleksji, nadmiaru itp. Co do wyzwania, jakim jest praca ze mną, to sądzę, że Piotrek nie ma kompleksów i umie przedstawić swoje racje w sposób odważny i czytelny bez względu na to, komu coś komunikuje. Jest bardzo świadomym twórcą, a jego wiek nie ma tu nic do rzeczy. A jeśli ma, to tylko same zalety, o których mówiłem już wcześniej. 

Czym jest dla ciebie „Sodoma”? Jak rozczytujesz scenariusz i jakiego spodziewasz się efektu?

„Sodoma” jest dla mnie niemal terapeutyczną sesją oczyszczania pamięci i sumienia ze złogów niezasłużonego poczucia winy. Jest brutalną wiwisekcją relacji nie tylko homoseksualnych i związanych z grupowym chemsexem, ale w ogóle między ludźmi, których łączy jakiś rodzaj zależności. Jest to tekst o strachu czy może raczej lęku przed samostanowieniem, samodzielnością, uwolnieniem się z tego, co nas krępuje nie tylko w związkach intymnych, ale i w pracy czy życiu społecznym, koleżeńskim, przyjacielskim i rodzinnym lub sąsiedzkim. Jest próbą przyjrzenia się mechanizmom uzależniania się i współuzależnienia. Ale jest też pieśnią afirmującą wspólnotę zabawy, nawet tak ekstremalnej jak w naszej historii, bo wszystko to, co się w niej odbywa, dzieje się za zgodą świadomie w niej uczestniczących, pełnoletnich ludzi. Nie ma tu pochwały bdsm-u czy seksu pod wpływem silnych stymulantów, lecz raczej prawda etapu. W różnych momentach życia robimy różne rzeczy, które w danej chwili wydają się nam dobre, potrzebne, wartościowe i ożywcze. Kiedy indziej wydaje nam się to już wyłącznie niebezpieczne i chore, prowadzące donikąd i stwarzające całą gamę problemów zdrowotnych i społecznych. Zatem jest etap zachwytu i afirmacji transgresji i jest tez ten drugi – etap nabrania dystansu, ochłonięcia, uświadomienia sobie jak dalece niebezpieczne mogą być dla nas nasze parcia. Liczę na dialog w tych sprawach. Z widzami, krytyką, ze wszystkimi pokoleniami, z różnymi światopoglądami. Liczę na odtabuizowanie tego obszaru w naszym dyskursie. 

O teatralnej przemocy w mediach było wiele. Czy my naprawdę jesteśmy patologiczną rodziną? Nie prowokuje tym pytaniem, ale zjadamy chyba swój ogon. Co nam więc wolno, a czego nie wolno? Podniesienie głosu jest już  przemocą. Opowiesz się w tej sprawie? Pracujesz może ze studentami? Chciałbyś?  

Pracowałem ze słuchaczami krakowskiej szkoły Lart Studio, studentami reżyserii Szkoły Filmowej w Katowicach i dyplomantami szkół teatralnych w Łodzi I Warszawie, gdzie wystawiałem ich spektakle dyplomowe. Nie mówię, że już mam dość i nie będę, ale nie mam na to czasu, może się to kiedyś zmieni.

O przemocy w teatrze powiedziano i napisano już tak wiele, że stojącym z boku może się wydawać, że jesteśmy wyjątkowo przemocowym środowiskiem. Nie zgadzam się z tym radykalnie. Owszem, zdarzają się takie przekroczenia, sam zostałem kiedyś oskarżony, ale patrząc na to z dystansu (minęło już parę lat), jest to dość naturalna, ale zarazem brutalna wersja konfliktu pokoleń. Ponieważ zaś nasze środowisko jest na tzw. świeczniku, ludność podnieca się czytając o tym, że się aktorzy wydarli na siebie, że reżyser molestował, że kolega poczęstował kolegę kuksańcem, że ktoś przyćpał a inny się uchlał. Ale poza tą niezdrową (ale zrozumiałą) ciekawością, co tam się dzieje u naszych celebrytów, nic nadzwyczajnego tu nie ma. Takie rzeczy (nawet jeśli naganne) zdarzają się w każdym środowisku i należy je piętnować i wyciągać wnioski. Ale nie zgadzam się z opinią, że u nas są one jakoś szczególnie częste i szczególnie drastyczne. Zdarza się też bardzo często, że jakaś osoba lub grupa osób wykorzystuje hasła ruchu #metoo do rozgrywania nie merytorycznych wojen, do rozliczania się z kimś za swoje niepowodzenia i klęski. Zdarza się to równie często jak uzasadnione skargi i callouty. Teatr nie jest żadną patologiczną rodziną, choć oczywiście rozumiem potrzebę oczyszczania atmosfery w pracy i piętnowania chamstwa czy brutalności. Jesteśmy ludźmi i wszyscy mamy coś na sumieniu. Wiele osób wypowiadających się i piętnujących poszczególne zachowania nie ma czystego sumienia, więc proponuję im zamilknąć i zrobić rachunek sumienia!