Imponujący bilans Teatru Nowego Proxima i Pałacu Nieśmiertelności. Podsumowanie sezonu 2025/2026 Podsumowanie sezonu 2025/2026
Imponujący sezon Teatru Nowego Proxima i Pałacu Nieśmiertelności
Ponad 290 wydarzeń artystycznych, edukacyjnych i społecznych, pięć premier, prezentacje spektakli na najważniejszych scenach w Polsce i za granicą oraz dynamiczny rozwój programu Pałacu Nieśmiertelności – sezon 2025/2026 był jednym z najbardziej intensywnych w dziewiętnastoletniej historii Teatru Nowego Proxima.
Minione miesiące potwierdziły, że Teatr Nowy Proxima należy dziś do najaktywniejszych niezależnych instytucji kultury w Polsce. O tym świadczą nie tylko liczby, ale przede wszystkim różnorodność działań, obecność na prestiżowych scenach, rozwój autorskich projektów i stale rosnąca frekwencja.
Ubiegły sezon przyniósł również ważne wyróżnienia. Teatr otrzymał tytuł Supermarki Radia Kraków, a w 2026 roku uzyskał status Społecznej Instytucji Kultury Miasta Krakowa „Teatr i Pałac. Instytucja Nowej Generacji”.
Dziś Teatr Nowy Proxima to nie tylko miejsce prezentacji spektakli. Coraz mocniej rozwija działalność edukacyjną i społeczną, tworząc przestrzeń spotkania teatru, sztuki, nauki, filozofii oraz nowych technologii.
Repertuar Sceny Głównej
Największym przebojem sezonu ponownie okazała się Kora. Boska, grana niemal przez cały rok przy pełnej widowni. Niesłabnącym zainteresowaniem cieszyły się również Święty Rysiek ze Śląska, Królowa oraz muzyczny Amadeusz.
Sezon przyniósł także pięć premier. W lutym odbyła się premiera muzycznego Doriana Graya w reżyserii Piotra Siekluckiego. W kwietniu, w ramach programu Teatr na start, swoją premierę miał Festen Katarzyny Deszcz. W maju publiczność zobaczyła spektakl muzyczny Nasza mama Sinead w reżyserii Katarzyny Chlebny, który z powodzeniem grany był również w czerwcu. Na scenie odbyły się także dwie premiery teatrów tańca.
Teatr w drodze
Teatr Nowy Proxima regularnie prezentował swoje spektakle poza Krakowem. Kora. Boska została pokazana m.in. w Bratysławie, Teatrze Śląskim w Katowicach, Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, warszawskim Teatrze Studio oraz Teatrze Starym w Lublinie.
Spektakl Nie pytaj dwukrotnie zaprezentowano w GOKSiR Przecław, Amadeusz został pokazany w Teatrze Muzycznym w Łodzi, a Święty Rysiek ze Śląska ponownie trafił na scenę Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego.
Pałac Nieśmiertelności
Równolegle rozwijany był program Pałacu Nieśmiertelności, który stał się miejscem spotkań ludzi kultury, nauki i życia publicznego.
Jednym z najważniejszych cykli pozostały Obiady Czwartkowe, organizowane wspólnie ze Szpitalem Uniwersyteckim w Krakowie. W spotkaniach uczestniczyli m.in. prof. Piotr Augustyniak, prof. Maciej Pilecki, prof. Stanisław Sroka, prof. Joanna Senyszyn, prof. Piotr Chłosta, prof. Paweł Laidler, prof. Jan Peszek i prof. Jacek Popiel.
Kontynuowano także autorski program Nieśmiertelna Klasa, poświęcony historii idei, sztucznej inteligencji, kostiumowi, oddechowi czy budowaniu wizerunku.
W jubileuszowym cyklu Człowiek (z) kultury, zainaugurowanym w setną rocznicę urodzin Andrzeja Wajdy, odbyły się spotkania z Janem Klatą i Magdaleną Sroką, prowadzone przez Tomasza Pytko.
Nowym przedsięwzięciem był cykl Nieśmiertelność AI, przygotowany przez dr Adę Florentynę Pawlak, poświęcony relacjom sztuki, technologii i sztucznej inteligencji.
Pałac prowadził również bogaty program wystaw. W sezonie pokazano m.in. ekspozycje Follow The Sun, UNKNOWN i EXI(S)T, a sezon zakończył wernisaż wystawy Mariusza Kubielasa inspirowanej twórczością Brunona Schulza.
Nie zabrakło także czytań performatywnych Konstelacja Przejścia, spotkań Winyl i Herbata, klubu dyskusyjnego Chodźże do teatru oraz wydarzeń tanecznych, w tym cyklicznej milongi La Gorgona.
W Pałacu realizowany był również międzynarodowy projekt UNATERRA – wizja zjednoczonej Ziemi autorstwa Łukasza Błażejewskiego, dofinansowany z Krajowego Planu Odbudowy.
Od marca do czerwca 2026 roku w Pałacu odbyło się blisko sto wydarzeń. Program tworzyły zarówno autorskie inicjatywy instytucji, jak i projekty fundacji, organizacji społecznych, środowisk akademickich oraz partnerów zewnętrznych.
Na zakończenie
Po dziewiętnastu latach działalności Teatr Nowy Proxima ma na swoim koncie ponad 155 premier, setki wydarzeń artystycznych, edukacyjnych i społecznych, debiuty ponad 220 artystów oraz liczne nagrody i wyróżnienia.
Rozwój Pałacu Nieśmiertelności otworzył nowy etap w historii instytucji. Obok działalności teatralnej powstało miejsce, w którym spotykają się sztuka, nauka, medycyna, filozofia i nowe technologie.
Dziękujemy wszystkim Widzom, Partnerom i Przyjaciołom Teatru za wspólnie spędzony sezon. Do zobaczenia po wakacjach.
29 czerwca – 10 lipca 2026 Pałac Nieśmiertelności | Kraków Wiek uczestników: 13–16 lat
Jak opowiedzieć prawdziwą historię?
Jak zamienić ciekawość w film?
Jak znaleźć bohatera, zadać dobre pytanie i stworzyć opowieść, która zostanie z widzem na długo?
PAŁAC. to wakacyjne warsztaty filmu dokumentalnego organizowane z okazji dwudziestolecia Teatru Nowego Proxima. Przez dwa tygodnie uczestnicy poznają podstawy pracy dokumentalisty i samodzielnie zrealizują krótkometrażowy film poświęcony Teatrowi Nowemu Proxima oraz ludziom, którzy go tworzą.
Pod okiem doświadczonych edukatorów filmowych młodzież przejdzie przez wszystkie etapy powstawania filmu: od researchu i wyboru tematu, przez rozmowy z bohaterami, realizację zdjęć i wywiadów, aż po montaż oraz udźwiękowienie gotowego reportażu.
Teatr stanie się przestrzenią odkrywania historii, spotkań i obserwacji. Uczestnicy zajrzą za kulisy spektakli, poznają aktorów, reżyserów, scenografów i pracowników teatru, a także dotrą do archiwalnych materiałów dokumentujących dwadzieścia lat działalności Teatru Nowego Proxima.
Efektem warsztatów będzie autorski film dokumentalny stworzony przez uczestników oraz jego publiczna prezentacja.
Program obejmuje: – podstawy filmu dokumentalnego, – pracę z kamerą i dźwiękiem, – prowadzenie wywiadów, – research i pracę z archiwami, – realizację zdjęć dokumentalnych, – montaż i udźwiękowienie filmu.
Prowadzenie:
Natalia Nowakowska – edukatorka filmowa i autorka projektów historyczno-filmowych dla młodzieży. Od wielu lat współprowadzi Młodzieżowy Klub Filmowy.
Adrian Nowakowski – scenarzysta, filmowiec i współzałożyciel Fundacji otoKultura.org. Od ponad dekady realizuje projekty filmowe i edukacyjne z młodzieżą.
Fundacja otoKultura.org od 2015 roku prowadzi działania z zakresu edukacji filmowej i kulturalnej, tworząc przestrzeń dla młodych ludzi do odkrywania świata poprzez film.
Kontakt i rekrutacja: natalia.nowakowska@otokultura.org tel. 730 627 629
Z Edwardem Linde-Lubaszenko rozmawia Piotr Sieklucki. Rynek Główny. Klub Loża- październik 2023.
Z moim Mistrzem, profesorem i przyjacielem siedzieliśmy w październiku w 2023 roku w Klubie „Loża”. Smakując rozmawialiśmy o burzliwym życiu, twórczości i rozczarowaniach. Była to rozmowa, którą nagrywałem w celu archiwizacji wspomnień. Odtworzyłem ją dopiero po pogrzebie Edwarda. Z sentymentem wysłuchałem i spisałem w dwóch częściach. Wiele z tego o czym rozmawialiśmy nie nadaje się do publikacji – zachowam to dla siebie. Niektóre wypowiedzi złagodziłem. Życie Edwarda Linde-Lubaszenko nadaje się nie tylko na film, ale monumentalny serial. Nie znam drugiej osoby, która miała by tak bogaty życiorys pełen pęknięć, bólu, ale i radości. Dzieciństwo Edwarda przypadło na okres II wojny światowej. Młodość i wchodzenie w niedoszły zawód lekarza i aktora – czasy PRL, nagonki antysemickiej w 1968 roku. Dojrzałość to lata 90. kiedy wszystko z jednej strony zaczęło się „odmrażać”, a z drugiej było rozczarowaniem „Solidarności”. Kim był prawdziwy ojciec Edwarda, dlaczego jego syn Olaf jest Lubaszenko, choć tak naprawdę jest Linde. Ile Edward miał żon? Jakie miał życie? Dlaczego nie dostawał nagród? Nie da się opowiedzieć tego jednym wywiadem. Jest to też niedokończona, przerwana rozmowa, ale dzielę się z państwem tym, co mam. Z uważnością i pamięcią.
Piotr Sieklucki: Panie Edwardzie, czy pamięta pan, że 20 lat temu był pan pierwszym mecenasem naszego Teatru?
Dobrze, że pan przypomniał, bo nie pamiętałem. Przychodząc tutaj do „Loży” nie chciałem robić afery, że gdzie czerwone dywany, szeroko otwarte drzwi, kwiaty. Ale cieszę się, że tak się teatr rozwinął.
Ale rozumiem, że pan nie pamięta sytuacji, kiedy stał się pan pierwszym mecenasem naszego teatru.
Takich szczegółów już nie pamiętam.
To ja przypomnę. Dwadzieścia lat temu wspólnie z Dominikiem Nowakiem – obecnym dyrektorem Nowego Teatru w Słupsku – i Anetą Wirzinkiewicz zrobiliśmy, jako studenci, w Alchemii spektakl „Griga obchodzi imieniny” wg Czechowa. Przyszła profesor Polony, obraziła się. Wręcz zwyzywała, że tak się Czechowa nie gra. Potem przyszedł Pan i w pięknym stanie baśniowym rzucił pan po pokazie na stół kilka tysięcy złotych, mówiąc, że to na drugą część spektaklu.
Wiem, że mieliście przykrość potem w Szkole Teatralnej. Ile dałem?
5 000 złotych. 20 lat temu to było sporo. Dużo. Pewnie rano szukałem tych pieniędzy.
Tak było. Kończy pan 83 lata. 80.
Ma pan imponujący aktorsko – pedagogiczny dorobek. Czego pan żałuje? To jest bardzo niezdrowe żałować czegoś. Trzeba być zadowolonym i cieszyć się z tego, co się zrobiło, bo to pozytywnie działa na organizm. Zachęca do dalszej pracy, bo wtedy wszystko, co zrobisz, jest wartościowe i ma cenę właśnie w oczach samego siebie. A jeżeli się żałuje, że nie zrobiłeś czegoś i na tym się koncentrujesz, to podkładasz życiu nogę.
Czyli niczego pan nie żałuje? No może tego, że ożeniłem się tylko 4 razy.
A że zostawił pan medycynę na rzecz aktorstwa, nie żałuje pan? Lata pańskiej młodości to Wrocław i Akademia Medyczna. Zaliczył pan aż 6 semestrów. Medycyna trochę zostawiła mnie. Miałem konflikt z pewną panią profesor, o której nie chcę mówić, a nie nazwiska nie wymienię. Czytała takie pisma antysemickie i powiedziała, że ja pasuje jej do czołowych syjonistów polskich… Tak więc przyczyniła się do wyrzucenia mnie.
Co medycyna panu dała? Dała wyobrażenie o tym, czym jest zdrowie, czym jest człowiek. Dała mi bazę do tego, że przy tych swoich 80, czy tam 85 latach, daj Boże 100, czytam bardzo dużo o zdrowiu i mechanizmach organizmu. W mniejszym stopniu interesowało mnie zarabianie pieniędzy, bo wychowałem się w mało wymagającym środowisku i w okresie kiedy ludzie nie mieli takich luksusów jak teraz. Natomiast mieli proste marzenia, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć co włożyć do garnka, żeby mieć jakieś tam prawo. Pokolenie wojny do którego należę nie miało łatwo. Musiało pracować więcej, a to nie sprzyjało naszemu zdrowiu i długowieczności. Komfort życiowy to przede wszystkim nieszwankujący organizm. Jeżeli mnie boli wątroba, to mogę mieć miliardy i nadal boli mnie wątroba, bo jeśli tej ból wynika z choroby nieuleczalnej, to medycyna bywa bezradna. Kiedy studiowałem i chciałem być lekarzem chodziło mi o uświadamianie i ratowanie życia ludzkiego, nie o pieniądze. Musimy dbać o warunki w których żyjemy i o środowisko, a nie o luksusy.
Czyli dba pan o swoje zdrowie?
Ja szargałem swoje zdrowie wielokrotnie. Poddawałem je wielkim próbom. I ono wytrzymywało jakoś, o dziwo, te wszystkie próby /śmiech/. Teraz już nie narażam zdrowia, staram się o nie dbać. Obchodzenie się ze swoim organizmem – to jest wiedza i higiena. Sposób myślenia o sobie i swoim organizmie jest dla mnie niesłychanie ważny, a najważniejszy jest umiar. Mierz siły na zamiary.
A o Lubaszence się mówiło: ten to nie zna umiaru. /śmiech/ No tak… ale ja przekraczałem „ich umiar” i ich wyobrażenia, jakie są jego granice. Wie pan, opowiadano o mnie po prostu niestworzone rzeczy, że jestem agentem SB i komuchem, i stosownie do tego się zachowywano. Często reżyserzy z tego powodu nie obsadzali mnie, czy nie otrzymywałem nagród na festiwalach. Mnie się nie lubiło, nie byłem z ich artystycznej stajni. Taka dyscyplinarka.
Pewnie nie raz stawał pod pan przed komisją dyscyplinarną, którą urządziły panu byłe żony? I to jeszcze jak! Ale tak naprawdę nie myślę źle o kobietach, w ogóle wręcz przeciwnie, jestem ich orędownikiem. Oczywiście robię to z pozycji samotnego mężczyzny, pod względem małżeńskim oczywiście.
Urodził się pan 23 sierpnia 1939. W dniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Przewrotnie, ale i dosłownie Pana życie upłynęło pomiędzy Rosją a Niemcami z „rozebraną” Polską pośrodku. Czasy II wojny światowej. Pana Ojciec Julian Linde był niemieckim żołnierzem, Ojczym Mikołaj Lubaszenko, który pana wychowywał, radzickim żołnierzem. Matka – Polka. Później żona – Żydówka. Co za wybuchowa mieszanka!
Jestem mniejszością w mniejszości. Bardziej się nie da /śmiech/. Mama była powiązana z Mikołajem Lubaszenką, mój ojczym był oficerem Armii Czerwonej, czyli wojsk okupacyjnych. A mój ojciec Linde szukał swojego brata w tym czasie w Olsztynie. Były wtedy to Prusy wschodnie, a więc niemiecki teren. Ja byłem noworodkiem. Nic o jego istnieniu nie wiedziałem.
Kiedy pan poznał prawdziwego ojca? Jak skończyłem 18 lat. Byłem na studiach medycznych. To był 1957. Dostałem wtedy list, który zaczynał się „Jestem pańskim ojcem”. Przez 18 lat czegoś się domyślałem, bo często ojczym wyzywał mnie „ty bajstruku”, mawiał, że jestem tu obcy. Mama mi nie powiedziała. Jak przeczytałem list, to miałem czarno na białym. Nie byłem więc Lubaszenko, a Linde. Skontaktowałem się z mamą. Potwierdziła mi. Pojechałem do niego, by poznać swojego ojca. Wieczorem była kolacja. Poznałem jego żonę, dzieci. Mało pytałem. Mało rozmawialiśmy. Wie pan, po wojnie były tak pokomplikowane losy ludzkie, że nie wypadało nikogo o nic pytać, co kto z kim, jak, dlaczego, czy te dzieci to jego dzieci? W ten sposób poznałem swojego ojca. Po prostu przyjąłem to do wiadomości i tyle. Poza tym, już było tak źle między mną a Mikołajem Lubaszenko, że to było jak wybawienie. Zaczął mi przesyłać pieniądze na studia.
To miał pan dochody. Miałem dodatkowe źródło na „rozrywki” /śmiech/.
Ale nazwisko dopiero pan zmienił w latach 90. No tak. Jak już można było to zrobić bezpiecznie.
Po co było zmieniać nazwisko z Lubaszenko na Linde? Jak to po co?! Ja z tym Lubaszenko nie mam nic wspólnego. Facet, który mnie tłucze, bije i grosza na mnie nie płaci i wyrzuca mnie z domu, ja mam jego nazwisko nosić?! To zmieniłem na Linde.
Ale potem przywrócił pan Linde-Lubaszenko! Bo z tego wynikać zaczęły wszystkie kłopoty. Czego pan nie rozumie?! Jadę gdzieś na festiwal witają mnie: „Panie Edwardzie, cieszymy się, że pan do nas przyjechał” . W salonach czekają dziewczynki, pytają o Pana Lubaszenko, ja odpowiadam, że jestem Linde. Wszyscy patrzą na mnie jak na oszusta! A w hotelu znany Lubaszenko pokazuje dowód, w którym jest napisane „Linde”. I muszę się każdemu tłumaczyć. Teraz też! Ile razy mam to tłumaczyć?
Już wyjaśnione. Pogadajmy o drugim pańskim domu. O SPATiF-ie. Zaczęło się od Wrocławia. Tam był klub związków twórczych literatów, plastyków, muzyków, aktorów, artystów. Szerokie grono do picia. Mój udział w zarobkach tego klubu był znaczący. Bankietowało się tam do rana. W latach 60-tych Wrocław był ciekawszym miejscem kulturalnie niż Kraków. Wielki Teatr Polski ze wspaniałymi osiągnięciami, znakomity Teatr Lalek z międzynarodową sławą, pantomima, bardzo silny ruch studencki, m.in. Teatr Kalambur, Grotowski, itd. Byłem członkiem Teatru Kalambur. Wrocław to był dla mnie wspaniały czas. Potem za pewną kobietą wyjechałem do Krakowa… i wszystko zaczęło się w Krakowie! Kantor, Piwnica pod Baranami, Stary Teatr. A we Wrocławiu zaczęło stygnąć.
Tam gdzie Lubaszenko tam sława!
No tak!
Kolejna część wywiadu o Krakowie, SPATiF-ie, Teatrze Starym i Szkole Teatralnej w następnym biuletynie.
„Nie będę golić głowy” O pracy nad premierą o fenomenie Sinéad O’Connor z Katarzyną Chlebny, reżyserką i odtwórczynią głównej roli, rozmawia Piotr Sieklucki.
Piotr Sieklucki: Dlaczego Sinéad?
Katarzyna Chlebny: Kobieta zbuntowana, charyzmatyczna, odważna, przekraczająca granice, kontrowersyjna, poszukująca – z natury rzeczy staje się ciekawym obiektem do analizy. Dla mnie to taka osobowość, która rozpala i pobudza wyobraźnię i zmusza do poszukiwań tego, co w historii takiej jednostki staje się uniwersalne.
PS: W pracy jesteś dość wymagająca, apodyktyczna wręcz, bezwzględnie wiesz czego chcesz i raczej nie pozwalasz na improwizacje. Najłatwiej więc pracowałoby ci się z profesjonalistami „rzemieślnikami”, tymczasem w połowie zrobiłaś obsadę z młodzieży studenckiej. Jaki w tym sens?
/śmiech/ No niestety taka jest prawda, że kiedy piszesz scenariusz, to już słyszysz jak dana postać mówi, jak artykułuje swoje myśli, w jakim tempie, z jaką wysokością, jak akcentuje, jak chrząka, to jest jak muzyka, która się komponuje w głowie. I rzeczywiście – jeśli jako reżyser konsekwentnie idziesz za obrazem, który zobaczyłeś pisząc – to starasz się go egzekwować. Do tego spektaklu zaprosiłam zawodowych, wspaniałych aktorów: Martę Bizoń, Dominika Nowaka, Łukasza Szczepanowskiego, ale z wielką radością witam na pokładzie studentów: Brygidę Ponikiewską, Barbarę Frencer, Laurę Szewczyk, Igora Widomskiego, Jakuba Kowalskiego i Danilla Strilchyka. Oni mają jeszcze ten szkolny nawyk słuchania Pani, więc może będzie łatwiej. Na scenie w roli DJ- wystąpi także Paweł Harańczyk, który odpowiada za oprawę muzyczną spektaklu.
Sama piszesz i układasz scenariusze, nie kusi cię wielka literatura?
Wielka literatura to wielka odpowiedzialność. Moje opowieści są mniej zobowiązujące, to zawsze historie, które rodzą się z mojej wyobraźni, one mi się same w głowie tworzą – z jakichś śladów, kodów, przeżyć, bajek, snów, to się rodzi jako mój świat, ma jakiś wsobny język, to zawsze jest moje i nie próbuje udawać innego. To jest dla mnie bardziej organiczne niż próba stwarzania świata z wielkiej literatury – szczególnie, kiedy gram w tym swoim świecie. Wiesz – ja bardzo chętnie przejmę rolę Lady Mackbet – jeśli ktoś by mnie w niej zobaczył… i czekam na to z nadzieją, zanim będę zmuszona sama to sobie wyreżyserować. Tak że, Piotrze, obsadzaj! W przyszłym roku akademickim obejmuję opiekę nad dyplomem Studentów Uniwersytetu Frycza Modrzewskiego i rzeczywiście rozpalił się we mnie pomysł sięgnięcia po klasykę. Będzie to „Balladyna” w wersji muzycznej. I jestem niezmiernie podekscytowana tym, co mi się tam uroiło.
Co w świecie Sinéad jest najbardziej zaskakujące?
Dla mnie zawsze interesujące są pęknięcia. I tu także. Wyrywy, niemoce, pustki, których nie da się wypełnić. Ciekawe, że zanim sięgnęłam po literaturę, zanim zgłębiłam jej historię, postrzegałam Sinéad jako pełną siły i charyzmy buntowniczkę, a im dalej w las tym więcej drzew wysuszonych, połamanych, odartych z kory. Kory. Zabawa słowem. Ale Sinead jest tak inna, mimo podobnych przeżyć, tak odarta ze wszystkiego, co stanowiło siłę Kory. Myślę, że to zupełnie inne osobowości i to dla mnie też jest bardzo kuszące.
Jak to się stało, że „wygrałaś” casting na Sinéad? Dlaczego ty?
Myślę, że z tego samego powodu, dla którego Ty grasz Ryśka i Kazika, a ja Korę i Demarczyk. Kochamy grać. Ja, żeby móc grać muszę sama sobie napisać, a i wyreżyserować spektakl, bo nikt mnie nie chce. Kiedyś strasznie płakałam, że nikt mnie nie obsadza, więc z braku laku znalazłam na to taki sposób. Polecam!
Zbliżasz się fizycznie do pierwowzoru, jak zrobiłaś to przy Korze, czy raczej budujesz ją inaczej, jak przy Demarczyk?
Nie będę golić głowy. Bo każdy o to pyta. Więc nie zbliżę się tak bardzo. Nie jest tu też dla mnie to podobieństwo na tyle istotne. Kora była tak charakterystyczna w mowie, ruchu, głosie – tak znana każdemu, że wcielenie się w nią w pełni było ogromną pokusą i to w jakiś sposób działa. Wśród współczesnej publiczności Sinéad nie jest tak rozpoznawalna. Wiadomo, że śpiewała „Nothing Compares 2 U” i że podarła wizerunek Papieża. Jej wizerunek nie jest aż tak istotny. No była łysa. Ale nie to stanowi clou.
W scenariuszu jest dużo na temat Kościoła Katolickiego. Gniewasz się na Kościół? Na JPII?
Gniewam się na hipokryzję, ale w spektaklu jestem dla Kościoła delikatna – jak na mnie – wręcz subtelna. Staram się nie powielać ataku Sinéad, nie dawać oceny, dać głos tym, którym ona głos dać pragnęła, może trochę rozbawić, przekłuć czasem balon… a czasem napompować go jakimś szaleństwem aż pęknie. Więc ten spektakl nie jest o Kościele. Jest o potrzebie miłości.
Kora – twój wielki sukces a może przekleństwo? Widownia czeka na „taki sam strzał”… Ja też (śmiech). Czujesz presje?
Nie…
Podróżujesz często do Londynu pooglądać musicale. Szukasz Kasiu inspiracji? Podglądasz? Zazdrościsz?
To są zupełnie inne przeżycia. To rozrywka. Jak wyjazd do SPA albo do Energylandii. Ale nie koniecznie jest to przeżycie duchowe. Natomiast bardzo często zachwyt. Kiedy parę lat temu pierwszy raz siadłam na widowni na West Endzie w pierwsze 30 sekund zalałam się łzami jak dziecko!!! To był „Upiór w Operze”, a ja płakałam ze wzruszenia nad jakością dźwięku! Po spektaklu biegałam po widowni i robiłam zdjęcia głośników! I liczyłam ile jest! Jak małe dziecko, które idzie do bogatych sąsiadów, co mają wujka w Ameryce – takie mam wspomnienie z dzieciństwa – do sąsiadów przyszła paczka ze słodyczami. I zaprosili dzieci z bloku na poczęstunek. Przyszłam do domu i płakałam dlaczego nie urodziłam się u Choroszyńskich! Ale cieszę się w duchu, że urodziłam się u Chlebnych i cieszę się, że pomieszkuję w Twoim domu, mimo, że wujek z Ameryki nie podsyła nam paczek z czekoladą i głośnikami!
Jesteś szczęśliwa? Masz marzenie?
Jestem szczęśliwa. Nie mam marzeń…no może, żebyśmy żyli długo i szczęśliwie. My wszyscy.
Cykl spotkań z twórcami i managerami kultury, których droga zawodowa i artystyczna jest nierozerwalnie związana z Krakowem i polską sztuką. W roku 100. rocznicy urodzin Andrzeja Wajdy — poszukiwanie genu kultury, który czyni Polskę tak różnorodnym miejscem, Krakowa jedno z najważniejszych miast kulturalnych Europy – szukamy “Człowieka z kultury”. Chcemy spotykać się na pograniczu sztuki, edukacji kulturowej i zarządzania humanistycznego. Spotkania odbywać się będą w Pałacu Nieśmiertelności, który w swoim credo ma idee kultury i rozwoju. Nasze dyskusje będą utrwalane w postaci podcastów.
14 maja 17:00 PAŁAC NIEŚMIERTELNOŚCI (ul. Krakowska 13) JAN KLATA (wstęp wolny!)
Gen Krakowa – Genius Loci
„Kraków jest miastem, które robi z ludzi artystów — albo z artystów robi krakowian. Chcemy opowiedzieć, jak to się dzieje.”
Projekt wyrasta z prostego spostrzeżenia: Kraków od dekad jest magnesem dla twórców i instytucji kulturalnych o znaczeniu ogólnopolskim, a często i europejskim. Jednak głosy samych twórców — ich drogi, wybory, motywacje i wizje — rzadko kiedy wybijają się ponad szum medialny, który skupia się na repertuarach i spektaklach, nie na ludziach za nimi stojących.
Człowiek (z) kultury odwraca tę perspektywę. Bohaterem każdego odcinka jest konkretna osoba — reżyser, malarka, dyrektor festiwalu, manager muzyczny, kurator wystawy — z którą rozmawiamy o tym, co ich łączy z miastem, jak Kraków ukształtował ich wrażliwość i jak oni kształtują Kraków.
Nawias w tytule jest celowy. „z” to jednocześnie człowiek z kultury (pochodzi z niej, wyrósł w niej) i człowiek z Krakowa (związany z miastem). Nawiązanie do filmografii Wajdy — w roku 100. rocznicy jego urodzin — daje projektowi historyczny wymiar i mocny hak narracyjny.
W naszej dyskusji nie zabraknie spojrzenia holistycznego na polską i europejską kulturę, jej zmiany i trendy. Nie uciekniemy od rozmów o jałowości rozwiązań prawnych i potrzebach głębokich reform strukturalnych. Znaczeniu i sensie instytucji kultury. Status artystek i artystów nadal nie jest zabezpieczony, a dużą część kultury “robi się” w organizacjach trzeciego sektora.
Prowadzący:
Tomasz Pytko – Socjolog, przedsiębiorca, manager kultury, działacz społeczny. Twórca projektu ToMasz w Krakowie (w latach 2017 – 2020 audycja radiowa, Radiofonia 100,5 FM / Grupa RMF) a obecnie w formie wideoblogów i podcastingu. Rozmówca laureatów Oscara: Andrzeja Wajdy, Jana A.P. Kaczmarka, Allana Starskiego i kilkudziesięciu wybitnych przedstawicieli polskiej sztuki w ramach cyklu Salon All In UJ. Pomysłodawca projektu “Wajda Making – nieoczywisty portret twórczy”, na który składały się rozmowy z współpracownikami reżysera. Założyciel i prezes Fundacji Promocji Kultury i Sztuki “Chodźże do Teatru” oraz Stowarzyszenia “All In UJ” (2012-2018).
Śpiewa Kazika lepiej niż Kazik, rozumie duszę Ryśka Riedla, choć mówi, że nie z jego muzycznej bajki, za rolę Matki Boskiej Częstochowskiej zbiera owacje na stojąco. Piotr Sieklucki, aktor, reżyser, dyrektor Teatru Nowego Proxima na Dzień Teatru życzy sobie i swojemu teatrowi: „dobrych budżetów i wiatru w artystyczne żagle”.
🎭 O marzeniach i planach z Piotrem Siekluckim rozmawia Anna Piątkowska w Gazecie Krakowskiej ‼️
Link do artykułu w komentarzu lub ⬇️
🎭 Dzień Teatru to patetycznie zapytam, czym dla ciebie jest teatr?
To zależy. Jeśli pytasz o teatr w ogóle, to najczęściej jest to miejsce nudy, natomiast jeśli chodzi o Teatr Nowy Proxima to jest to mój dom.
🎭Nudzisz się w teatrze?
Jestem bardzo złym widzem. Ostatnio stwierdziłem, że ciężko mi wytrzymać na wielu spektaklach kolegów, choć są wyjątki, czasami są rzeczy piękne i genialne. Bywa więc, że się męczę, ale też teatr jest moją miłością, wybranką życia i domem.
🎭Żeby poczuć, że się jest w domu musiałeś założyć własny teatr?
Nie było dla mnie miejsca w teatrze instytucjonalnym. 20 lat temu zamknięte były dla mnie drzwi każdego instytucjonalnego teatru, od prowadzonego wówczas przez Mikołaja Grabowskiego Starego Teatru, aż po Teatr Słowackiego, na czele którego stał wtedy Krzysztof Orzechowski. Z takiej sytuacji narodził się 20 lat temu Teatr Nowy, od 10 lat Proxima.
🎭W którym nie ma nudy?
Bywa, że jest. Ale na szczęście z bardzo rzadka. To nie jest tak, że bezkrytycznie oceniam swoje miejsce, nie. Nawet jeszcze bardziej krytycznie i, oczywiście, cieszę się jak wychodzi i złoszczę, jak nie wychodzi. W takim teatrze jak nasz wydanie każdej złotówki na produkcję niesie ze sobą myśl, że ona musi się zwrócić, że spektakl musi się sprzedawać. I nie chodzi tu o komercyjne podejście, ale właśnie artystyczne, czasem pełne ryzyka. Jak coś się nie udaje, to nie katujemy tym widzów przez kolejne sezony. Bywało, że zaraz po premierze tytuł schodził.
🎭Jak myślisz, czemu te teatralne drzwi były dla ciebie zamknięte? Chciałeś inaczej opowiadać, o czymś innym?
Jako aktor szukałem pracy w jednym, drugim, trzecim miejscu. Kiedy widziałem, że mniej zdolni koledzy dostają etaty narodowe, a ja dalej szukam, uznałem, że trzeba układać życie na swoich zasadach.
🎭Z początkami twojej drogi reżyserskiej wiążą się kontrowersyjne spektakle i one też zamykały drzwi.
Rzeczywiście słynny „Drakula” w kieleckim teatrze i konflikt ze świętej pamięci Piotrem Szczerskim, który powiedział, że na pornografię nie ma miejsca w polskim teatrze i nas z hukiem po miesiącu wyrzucił przekreślając naszą dziesięcioletnią współpracę przyklejały łatkę “kontrowersyjny”. Nie pomagały moje wypowiedzi 20 lat temu, kiedy zakładaliśmy Teatr Nowy, nasze słynne pochody „Procesje mojego ciała”, po których miasto było torpedowane interwencjami, że taki teatr nie powinien w Krakowie istnieć. Słynne “Lubiewo” czy “Macabra Dolorosa” to są wydarzenia, które dodawały skrzydeł i zamykały pewne drzwi jednocześnie. Kary najczęściej były finansowe – nie dostawaliśmy pieniędzy na różne projekty. Myślę jednak, że przez te 20 lat udowodniliśmy, jak wiele jesteśmy warci. Bywa jednak, że ma się najlepszego reżysera, najlepszy tekst, najlepszy pomysł, a jednak nie wychodzi. I nie wiadomo dlaczego. Te 20 lat Teatru to czas pasji, prób, poszukiwań, z których jestem dumny. Jestem dumny z ludzi, którymi teatr się otacza, jestem dumny ze współpracowników i z aktorów, z wielu przyjaciół teatralnych. Teatr Nowy Proxima jest miejscem wyjątkowym, jakiego nie ma w Krakowie, a na pewno nie ma w sektorze NGO. Kto zna nasze miejsce, przyzna mi racje.
🎭W swoim teatrze ty rozdajesz karty, ale ścieżki i tak trzeba wydeptywać, żeby zdobyć pieniądze. To dalej jest niezależność?
Teatr siłą rzeczy wymaga kompromisów, także politycznych, choć pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Nigdy nie dogadam się z ludźmi o PiS-owskich poglądach. Konfederackich tym bardziej. Nasze wartości są kompletnie inne. Wiem, że gdyby tym miastem zarządzało któreś z tych ugrupowań, byłoby bardzo źle – nie sądzę, żebym się z nimi dogadał. Ostatnio na „Korze” gościliśmy przedstawicieli Konfederacji, ostentacyjnie przy owacjach na stojąco nie wstali.
Surowo oceniasz, przecież nie wyszli w trakcie.
Pewnie przez wymuszoną grzeczność, a może nie? Nie wiem.
🎭Teatr Nowy Proxima został społeczną instytucją kultury w pilotażowym projekcie miasta. Co wam to daje?
Od teraz Miasto pomaga nam na polu infrastrukturalnym. Do tej pory nie mogliśmy otrzymać dotacji np. na czynsze. Jeśli chodzi o finansowanie to sceny instytucjonalne dostają 70 proc budżetu i 30 muszą wypracować, my odwrotnie – 70 proc. musimy wypracować. Ale to też wbrew pozorom daje wiatr w żagle. Projekt Społecznych Instytucji Kultury pozwala nam w ramach tych funduszy, które wygospodarowało miasto zapłacić za etatową pracę i pokryć w więcej niż 70% czynsze Teatru Nowego Proxima i Pałacu Nieśmiertelności, a te do niskich nie należą. Dla nas to światełko w tunelu oznaczające, że społeczne instytucje kultury maja sens i zrobimy wszystko, by to przekonanie w magistracie utwierdzić. To jest wielki projekt Wydziału Kultury i Prezydenta Miasta Krakowa, za który jestem wdzięczny, i udowodnię, że w naszym przypadku ma to wielki sens. Pałac Nieśmiertelności ma przecież misję społeczną, animacyjną, edukacyjną i kulturotwórczą.
🎭Pałac powstał, bo pomysły już się nie mieszczą w Teatrze Nowy Proxima?
Wspólnie z Łukaszem Błażejewskim zakładając to miejsce myślałem, że będzie ono jak najdalej od teatru, że Krakowska 41 będzie miejscem premier, a Pałac Nieśmiertelności przestrzenią, gdzie możemy się skupić na nauce, filozofii, medycynie – takie miejsce chcemy tworzyć. Planujemy dużo spotkań z lekarzami, dotyczących programu długowieczności. Nie mieliśmy miejsca na wernisaże – teraz odbywają się w Pałacu. Wracamy tu też do szkoły z projektem „Nieśmiertelna klasa”, żeby się uczyć – będzie ZPT, projektowanie, szycie, ale też matematyka, fizyka. To miejsce daje upust naszym innym fascynacjom. Czasem, jak czytam książki o medycynie, fizyce, chemii myślę, że świat jest właśnie tu, nie w teatrze.
🎭Znowu słyszę nutę znużenia teatrem?
Nie, potrzebowaliśmy bardziej miejsca spotkań z widzami, z przyjaciółmi. Nuda związana z teatrem jeszcze nie przyszła, każdy spektakl jest wyzwaniem. Kiedy myślę o tych, które przed nami „Tożsamości Davida” o Davidzie Bowie czy spektaklu o Michaelu Jacksonie, który chcemy zrobić, to myślę w kategoriach ekscytacji. Dalej jestem na teatr nakręcony, ale na swój teatr, na swoich zasadach. Nie przyjmuje, a są, propozycji reżyserowania w innym teatrze… no może w Narodowym bym rozważył. Mam swoje miejsce, które daje mi satysfakcję z pracy, a jest ono większe niż Narodowy. Kochamy to miejsce, choć przydałaby się większa widownia i mniejszy czynsz.
🎭Aktorstwo też cię nadal kręci?
Tak, ale też na swoich zasadach. Co zresztą widać, bo gram tylko w swoich przedstawieniach i Kasi Chlebnej np. w „Korze”. Dostałem nawet propozycję od Kasi w jej nowym przedstawieniu „Sinead. Łysa wariatka”, ale już nie czuję takiej potrzeby. Trudno mi przychodzi praca z innymi niż ja sam reżyserami. Podglądałem pracę Piotrka Wacha czy Iwony Kempy właśnie z myślą, że chyba bym nie dał rady już tak pracować, jeśli coś nie jest moje. Oczywiście, aktor etatowy musi zagrać bez względu na oceny, czy mu się podoba, czy nie. Ja chcę być wolny.
🎭Odmówiłeś Katarzynie Chlebny? Myślałam, że was dwoje śpiewających na scenie, muzyczna gwiazda jako bohater to wasz przepis na sukces.
Oczywiście, to by się sprawdziło, ale potrzebne jest świeże powietrze. Coś jednak z tego przepisu na sukces zostanie – Kasia zrobiła wewnętrzny casting na rolę Sinead i go wygrała. A tak poważnie, oczywiście my się już świetnie z Kasią dotarliśmy i pewnie niejeden spektakl w duecie jeszcze razem zrobimy, ale musimy się posiłkować innymi ludźmi, musimy wpuszczać na scenę debiutantów, którzy – swoją drogą – są świetni, wnoszą dobrą energię.
🎭Jako teatr jesteście otwarci na debiutantów, da się to zauważyć.
To oczywiście trudne, ryzykowane w kontekście finansów, ale trudno żebyśmy ciągle z Kasią Chlebny występowali. W „Sinead”, który będzie miał premierę na koniec maja też pojawiają się cztery debiuty, ale posiłkujemy się tez aktorami z teatrów instytucjonalnych.
🎭Wrócę do tego, że teatr cię nudzi. Twoim zdaniem teatr nie ma dziś takiej siły, która przyciąga, utrzyma uwagę dwie godziny, a bywa i więcej, opowie o tym, co aktualne ciekawym językiem? Statystyki dotyczące bywalców teatru nie są optymistyczne.
W tej kwestii jestem optymistą. Myślę, że teatr może mieszać w życiu i w życiu politycznym też, im bardziej się wtrąca tym lepiej. Oglądając takich twórców jak Frank Castorf, Florentina Holzinger, Łukasz Twarkowski czy Ewelina Marciniak można się w tej wierze utwierdzić. Bywa też, że niewielkie aktorskie spektakle mają ogromną siłę. Wierzę w teatr i jego siłę rażenia. A jeśli chodzi o statystki – zobacz, ile w Krakowie jest teatrów, które codziennie grają i przecież nie dla pustej widowni. Chyba nie jest tak dramatycznie, jak mówią.
🎭Dziś czujesz się bardziej reżyserem, aktorem czy dyrektorem?
Chyba wszystkim, chociaż świętej pamięci Edward Lubaszenko mi mówił: Musi pan się zdecydować. Nie można, k*** to i to, i to i jeszcze co? płytę chce pan nagrać? Ale ja nie jestem w stanie się zdecydować, procentowo po równo granie, reżyserowanie, administrowanie. Może dzięki temu nie zwariowałem?
🎭Aktorstwo to twoje spełnione marzenie?
Tak. W moim cudownym liceum – XXII LO we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Popiel – cudowny człowiek – w pierwszej klasie pozwalał mi, żebym robił teatr. Dostałem klucze od auli i właściwie przez cztery lata robiłem teatr zamiast chodzić na matematykę i fizykę. Robiłem wtedy teatr ze swoim nauczycielem, Selimem Mucharskim. Przychodzili wszyscy. Byłem też wtedy Przewodniczącym Klubu 1212 Teatru Polskiego we Wrocławiu. Wtedy już wiedziałem, ze chcę studiować aktorstwo więc jakże się rozczarowałem, gdy nie udało się za pierwszym razem dostać. Jak już się dostałem, było fajnie, ale po skończeniu aktorstwa pomyślałem, że jednak bardziej mnie pociąga reżyseria. Od tego, żeby zdawać na ten wydział powstrzymała mnie myśl, że będę pracował z tymi samymi pedagogami. Stwierdziłem, że jednak bym tego nie wytrzymał. Jestem reżyserskim samoukiem.
🎭Dziś sam jesteś wykładowcą. Czerpiesz od młodych?
Myślałem, że tak będzie.
🎭Za to o swoich mistrzach wspominasz często. Igor Przegrodzki, jeszcze z Wrocławia, wielki, wspaniały aktor. Bogdan Hussakowski – mój mentor, profesor, mistrz, z którym też zakładaliśmy Teatr Nowy Proxima. Był pierwszym reżyserem, który robił tu „Pana Jaśka”, w którym grałem z Dominikiem Nowakiem i Juliuszem Chrząstowskim. Edward Lubaszenko, który też zawsze z nami był, robiliśmy razem spektakle, spędzaliśmy wspólnie święta, wypiliśmy niejedną wódeczkę. To były osobowości, ludzie, którzy mnie kształtowali, moje postrzeganie teatru. Łukasz Błażejewski namalował mi ich portrety, wiszą tu w teatrze w gabinecie, bo każdy z nich jakieś piętno na tym miejscu odcisnął. Zastanawiam się, czy to pokolenie, które ja uczę będzie miało swoich mistrzów?
🎭Wspomniałeś o wódeczce. Bankiety teatralne starsze pokolenie aktorów wspomina z sentymentem, ale też to życie po spektaklu. Mówią, że dziś już tego nie ma, po spektaklach szybciutko do domu.
To prawda, ale tempo życia jest dziś zupełnie inne. Nie możemy się obrażać na świat, że się zmienia, a zmienił się też rynek pracy aktorów. Nierzadko pędzą do domu po przedstawieniu, bo o 8 rano muszą być na planie serialu czy reklamy. Kiedyś nie było takich możliwości, jedynie co mogli, to albo wrócić do domu i czytać książkę albo pić z kolegami. W Teatrze Nowym Proxima staramy się pielęgnować tę tradycję spotkań po spektaklach – oczywiście nie na bankietach do rana jak funkcjonowały słynne SPATiF-y, bo takiego trybu życia nie da się prowadzić, ale dbamy o to, żeby aktorzy i reżyserzy spotykali się w kawiarni z publicznością, porozmawiali, podpisali plakat. Wychodzimy do widzów, pielęgnujemy relację z nimi. Tego uczymy też młodych aktorów, żeby tę społeczność budować. Do tego też mamy Pałac, by ta społeczność miała swoje miejsce.
🎭Masz postać, którą najbardziej lubisz grać? Masz taką?
Chyba „Świętego Ryśka ze Ślaska”, bo jest bardzo osobisty. Lubię też Matkę Boską Częstochowską, w której obsadziła mnie Kasia Chlebny w „Korze”, choć ona w większości siedzi patrząc jak Kasia gra. Ale jest taka nasza, naburmuszona, przaśna, wkur***, rozdarta między tym czy czytać książki, czy być kibolem. Lubię Eltona z „Królowej”. Ostatnio jak szedłem w galerii usłyszałem: Ty, Elton John poszedł. Było to miłe.
🎭Jaki życzenia na Dzień Teatru chciałbyś usłyszeć?
Dobrych budżetów i wiatru w artystyczne żagle. To drugie jest nawet ważniejsze, bo jak się ma dobre rzeczy, to pieniądze się znajdą. Nawet drogie bilety schodzą, „Kora” za chwilę będzie miała 200 zagranych spektakli – to dużo jak na taki teatr jak my. Nie możemy narzekać, bo na reklamę wydajemy 0 zł. Wieść o naszych spektaklach idzie najlepszą drogą, czyli przez rekomendacje widzów, marketingiem szeptanym.
„Widziałem więcej świetnych filmów niż świetnych spektakli”.
O szkole teatralnej, życiu i miłości do teatru rozmawiamy z Jakubem Ormańcem, aktorem wcielającym się w postać „Doriana Graya”.
Piotr Sieklucki: Jesteś na końcu swojej edukacyjnej drogi. Jak oceniasz kilka lat na wydziale aktorskim Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego?
Jakub Ormaniec: Naukę na wydziale oceniam bardzo dobrze. Nie mając dużego doświadczenia aktorskiego przed rozpoczęciem studiów, zależało mi przede wszystkim na zdobyciu warsztatu i konkretnych umiejętności. Chciałem jak najwięcej pracować na różnorodnym materiale, żeby w przyszłości czuć się pewnie i móc działać samodzielnie w różnych rolach. Miałem poczucie, że szkoła powinna przede wszystkim dać mi narzędzia, a jednocześnie nie zabić mojej kreatywności i wrażliwości. Uważam, że to się udało dzięki świetnej kadrze, warsztatom mistrzowskim i bardzo dobremu programowi nauczania. Oczywiście dużo rzeczy jest jeszcze do zrobienia, szczególnie organizacyjnie, ale bardzo wierzę w ten wydział i dalej mu kibicuję.
Dostałeś się do państwowej Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu, ale jednak zostałeś w Krakowie, w dodatku we Fryczu na płatnym wydziale. Skąd taka zaskakująca i nierozważna dla wielu decyzja?
Nie wywodziłem się ze środowiska aktorskiego, nie grałem wcześniej w żadnych teatrach i nie chodziłem na zajęcia aktorskie. W krakowskim Larcie tak naprawdę po raz pierwszy uczestniczyłem w jakichkolwiek zajęciach. Wydaje mi się, że przez to patrzyłem na szkoły w trochę inny sposób, niż reszta. Na mój wybór złożyło się kilka czynników. W Larcie poznałem Pana Dariusza Starczewskiego który zrobił na mnie bardzo duże wrażenie i nauczył podstaw na tyle, że w ogóle zacząłem rozważać studia aktorskie. On opowiadał nam o Fryczu. Bardzo nie chciałem rezygnować z życia poza szkołą i być w niej zamknięty bo wydawało mi się to szkodliwe i dla zdrowia i dla aktorstwa. Kadra we Fryczu była (i jest) fantastyczna i bardzo zależało mi na spotkaniu z ludźmi którzy pracują w zawodzie – na poznaniu aktorstwa od jak najbardziej praktycznej strony i na samodzielnym działaniu. Dodatkowo w tamtym czasie wychodziło na jaw dużo afer mobbingowych związanych ze szkołami, oraz nie podobał mi się sposób egzaminów wstępnych na studia – forma „castingu” i mówienia monologów. Zdecydowałem, że jeżeli już idę na tak „nieprzyszłościowe” studia to równie dobrze mogę wziąć kredyt studencki, zaangażować się na sto procent w szkole w której naprawdę chcę być i zobaczyć co się stanie. Po drodze było dużo zwątpień, jak to w tym zawodzie, i sam się czasami sobie dziwię, że to wtedy zrobiłem, ale bardzo dużo mnie to nauczyło.
Przymierzasz się do roli Doriana Graya. Jak pracujesz?
Rola Doriana to duże wyzwanie. Zacząłem od zastanowienia się, czym dla mnie jest piękno i jak się objawia. To wcale nie jest proste pytanie, mimo że wszyscy podświadomie je czujemy. Potem skupiłem się na bardziej przyziemnych sprawach – statusie Doriana, jego relacjach z innymi i na tym, na czym tak naprawdę mu zależy. Szukałem też punktów wspólnych między mną a Dorianem. Oglądałem filmy z postaciami, które w jakiś sposób kojarzyły mi się z moim Dorianem, takie jak „American Psycho”, „Utalentowany pan Ripley” czy „Ojciec chrzestny”. Prowadzę dziennik z tego procesu, który chcę wykorzystać w pracy magisterskiej. Zbieram pomysły i przemyślenia – może się przydadzą, a może nie, ale dobrze mieć taki plecak, z którego można czerpać. Bardzo pomagają mi też spotkania w Pałacu Nieśmiertelności, które otwierają wiele nowych kontekstów przydatnych w kreowaniu postaci. Ostatecznie jednak najważniejsze są interakcje z innymi bohaterami. Mogę przygotować bardzo dużo, ale w kontakcie z partnerem scena może pójść w zupełnie inną stronę. Mamy świetną obsadę i super obserwuje się, jak wzajemnie na siebie wpływamy.
Nie ukrywam że jesteś mocno utalentowanym młodym aktorem, gdzie widzisz siebie za rok, a gdzie za 10 lat?
Dziękuję! Ciężko powiedzieć. Kocham aktorstwo i gdybym mógł grać na pewno chciałbym to robić. Jest jednak bardzo dużo świetnych aktorek i aktorów którzy niestety z różnych względów nie grają. Widzę, że samo granie jest małą częścią tego zawodu i na to, czy będzie się miało pracę wpływa masa innych czynników. Jest tyle możliwości, że ciężko mi określić co będzie za rok. W końcu skończę studia – z całą miłością do szkoły, 5 lat to zdecydowanie za długo – więc może za rok w lutym widzę się na wakacjach all inclusive w Egipcie. A za 10 lat? Chciałbym mieć własny mały teatr i nakręcić film z przyjaciółmi.
Co jest ci bliższe teatr czy kino?
Do oglądania zdecydowanie kino. W teatrze kocham to, że można spotkać się twarzą w twarz z drugim człowiekiem, że wszystko jest żywe i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Nadal jednak mam wrażenie, że widziałem więcej świetnych filmów niż świetnych spektakli. Jeśli chodzi o granie, nie wiem, co wolę. Wszystko zależy od materiału i od ludzi. Film kocham za to, że gra się raz i jest się bardziej zależnym od czynników zewnętrznych – zdjęć, światła, montażu – więc jest się małą częścią czegoś, co później samemu można zobaczyć. Teatr z kolei za to, że gra się wiele razy i ma się większą wolność. Yin i yang.
Chciałbyś być wiecznie piękny i młody jak Dorian Gray?
Nie. Ale to się może zmieni, jak będę stary i brzydki.
Co w tej pracy nad premierą jest dla ciebie wyzwaniem?
Piosenki. To mój pierwszy spektakl muzyczny, więc jest stresik, ale to dobrze – wyzwania motywują. Drugą sprawą jest archaiczny język. To duże wyzwanie, ale jednocześnie ogromna pomoc w kreowaniu postaci. Największym wyzwaniem jest jednak chyba ustawianie kalendarzy pod próby.
Z Tomaszem Armadą – projektantem mody i artystą wizualnym – o modzie, młodości i pięknie rozmawia Piotr Sieklucki.
Piotr Sieklucki:Nasz nowy biuletyn poświęcony jest z jednej strony pragnieniu wiecznej młodości, a z drugiej pięknu i modzie. Rozmawiamy przy okazji naszej premiery „Dorian Gray”. Młodość, piękno, moda. Czym jest dla ciebie, jako wybitnego projektanta moda, a czym młodość i piękno?
Tomasz Armada: Moda to dla mnie jedynie narzędzie wyrażania siebie. Jest to coś, co jestkomunikatem, naszym wyjściem w przestrzeń do ludzi i do teatru codzienności. Moda daje nam język nawet wtedy kiedy nie chcemy nic mówić. Młodość dla mnie jest ciekawością życia, chęcią zmian, zdolnością do wyjścia poza własny repertuar. Nie ma nic wspólnego z metryką. Piękno natomiast jest prawdą, która czasem uwiera. Piękno dla mnie nie jest grzeczne. W tym sensie moda może być uczciwa: nie robi z ciebie kogoś innego, tylko pozwala ci być bliżej siebie i bardziej sobą, nawet jeśli to nie jest łatwe czy wygodne dla otoczenia.
Czym kierujesz się w projektowaniu? Co cię nakręca?
Nakręca mnie zaskakiwanie samego siebie, odkrywanie kolejnych rejestrów nieoczywistych zestawień symbolicznych, ale też wizualnych. Napędza mnie odkrywanie kolorów, które wzajemnie ze sobą działają elektrycznie, w kontekście innych zestawień zyskują nowe życie, nowe świecenie. Często też ważny jest sam surowiec, jego właściwości oraz przeciwności i bariery, które stawia. Ostatnio najbardziej ciekawiła mnie praca z materiałem który miał inną fizykę niż każda tkanina – nie poddawał się mojej wprawnej ręce i czułem się jakby to znów był mój pierwszy raz w drapowaniu. Niesamowite uczucie.
W sierpniu 2021 roku zostałeś wyróżniony w amerykańskim magazynie Vogue jako jeden z 27 młodych, najciekawszych i niezależnych projektantów mody na świecie. Czy to trudny „kawałek chleba”?
To moje życie i pasja. Nie traktuję tego jako kawałek chleba, a raczej jako sposób na życie. To trochę lifestyle, chociaż nie dźwigam tego słowa, ale cały czas tym żyję. Jestem w tym, to moja pasja, sposób na życie, a nie zarobek. Mam wrażenie, że niejeden artysta performer mógłby tematyzować takie życie jako pracę albo performans, a dla mnie jest to filozofia życia!
Kto był i jest dla ciebie wzorem? Skąd bierzesz inspiracje w projektowaniu?
Wzorem dla mnie od początku był Witold Gombrowicz. Uświadomił mnie, że inspiracją może być wszystko, co w danym momencie zobaczysz. Schylisz się, klękniesz i będzie tam gałązka. Zobacz ją. Tak jak w „Kosmosie” Gombrowicza – to ty decydujesz i nadajesz sens pozornie nic nie znaczącym rzeczom, znakom. Z mody inspiracją dla mnie był niewątpliwie Alexander McQueen. To dzięki niemu zainteresowałem się modą. Każdy jego pokaz był jak przedstawienie, a sam ubiór traktował on w bardzo teatralny sposób. Terminował też u rzemieślników i w warsztatach teatralnych, co też dla mnie było inspiracją do poznania backstage’u i technik kroju.
W swoich projektach zacierasz granice pomiędzy płciami. Do kogo adresujesz swoją markę?
Archetypem mojej marki jest osoba która ma dwoistą naturę; osoba z dwóch skrajnych światów; osoba w transferze; często to są osoby, które łączą dwie pozornie niepasujące do siebie dziedziny np.: biznes i sztukę, farmację i malarstwo, rachunkowość i muzykę, teatr i chirurgię, high fashion i programowanie. Takie są Osoby Armady – w ciągłym tranzycie, ciągle na skraju dwóch różnych światów. Osoby, które chcą mówić własnym głosem, nie wstydzą się swojej tożsamości, chcą się wyróżniać i przekraczać granice
Jesteś coraz bardziej rozpoznawalny, nad jaką przyszłością pracujesz dla siebie? Kim chciałbyś być za lat 20, w jakim miejscu?
Marzy mi się, aby moja marka była samodzielna i samowystarczalna. Tworzyła nadal miejsca pracy i powodowała zmianę w swojej branży; nadawała ton działaniom dla innych; inspirowała, skłaniała do działania i myślenia. Chciałbym aby stanowiła też oddzielny byt ode mnie tak, żebym ja mógł w całości poświęcić się artystycznym rzeczom i jedynie kreował wizję rozwoju. Aktualnie bardzo dużo jest operacyjnej bolączki, która często skupia się na moich rękach, a ja chciałbym mieć więcej czasu na niezobowiązującą twórczość, malarstwo, rzeźbę oraz rzeczy mi totalnie odległe jak ceramikę i mozaikę.
Projektowałeś już kilkakrotnie dla teatru, czy to satysfakcjonująca praca?
Ostatnio liczyłem ile projektów typowo teatralnych zrealizowałem. Było około 30 przedstawień. Pracowałem głównie jako kostiumograf. Drugie tyle byłoby rzeczy takich jak kostiumy estradowe, występy performatywne, kostiumy taneczne i performerskie. Długo wzbraniałem się od robienia kostiumów. Odmawiałem wszystkim aż do 2019 roku. Wtedy pierwszy raz powiedziałem „ tak” i w ciągu 12 miesięcy zrealizowałem 11 przedstawień. Była to jazda bez trzymanki i skakanie po rejestrach bliskich obłędowi. Rzucałem się: z jednego projektu w Poznaniu, gdzie robiłem wszystko monochromatyczne, do kostiumów horror vacui, które były całe w cekinach w Łodzi. W pewnym momencie było kilka premier jednego dnia. Cieszę się, że finalnie wybuchła pandemia i pozwoliła mi się zatrzymać, bo nie wiem gdzie bym skończył. Kwarantanna była dla mnie ratunkiem. Wtedy pierwszy raz zacząłem myśleć o higienie pracy i o tym, że jestem ciałem fizycznym, a nie tylko duchowym bytem bez granic kreatywności.
Po jednym z naszych spektakli siedzieliśmy z Arkadiusem w naszej kawiarni. Opowiadał o tym, jak wymagający, ciężki i niewdzięczny jest to zawód, jak bardzo świat mody jest paskudny, wysysający, bezwzględny. Dzieli was całe pokolenie. Tak jest w istocie?
Arkadius też odwiedził mnie w mojej pracowni. Było to niesamowite i ciekawe spotkanie z mistrzem. Jego życiorys był dla mnie od początku przestrogą, oczywiście finalnie i tak uczyłem się na własnych błędach, ale myślę, że czasy się zmieniają a ludzkie mechanizmy pozostają poza czasem. O tym też jest właśnie teatr i wszystkie dobre dramatyczne teksty nigdy się nie starzeją, bo natura ludzka pozostaje bezmienna. Ja też byłem o krok od upadku i bankructwa. Osoby mi bliskie i moja poprzednia ekipa asystencka tak mnie zmanipulowała i zgaslaitingowała, że byłem już przekonany o tym, iż to mój koniec. Myślałem, że zwariowałem. Całe szczęście zawalczyłem o siebie i poszedłem do specjalistów, którzy powiedzieli mi wówczas: „Mamy dla pana złą wiadomość, niestety jest pan okazem zdrowia, ale ma pan wokół siebie toksyczne środowisko”. Wiązało się to z wyprowadzką z Warszawy, odcięciem się tego środowiska. Wielu ludzi zostało potem nastawianych przeciwko mnie, ale ja całą siłę poświęciłem na to, aby walczyć o siebie, a nie o ludzi, którzy tworzyli pozory bliskości. Chcieli po prostu przejęć mój dorobek i moje kontakty.
W jakim miejscu chciałbyś mieć swój butik?
Widzę to szerzej niż „butik”. To ma być sieć żywych punktów, które działają jak pracownie i sceny jednocześnie. Docelowo chcę mieć dwie bazy: Pierwszą w Łodzi, na Księżym Młynie, gdzie jest mój rdzeń, rzemiosło i ten industrialny nerw, z którego wyrasta cała Armada. Druga na Sycylii, w przestrzeni z kamieniem, mozaiką, słońcem i historią. I teraz najważniejsze: to nie mają być punkty „sprzedażowe”. To mają być performatywne pracownie, gdzie proces jest widoczny. Witryna żyje. Człowiek widzi, że coś się dzieje: szycie, barwienie, przymiarki, zmiana sylwetek, praca z obiektem. Ktoś przechodzi ulicą i ma poczucie, że patrzy na scenę, a nie na ekspozycję. Z tych dwóch baz wypływa reszta: flota ARMADY w najważniejszych miastach mody! Nie jako powielanie tego samego sklepu, tylko jako serie pop-upów i współprac w miejscach, które mają sens. Każdy punkt karmiony prawdziwą energią z tych dwóch światów. Chcę, żeby moda znów była doświadczeniem i spotkaniem, a nie tylko produktem. Chcę żeby ludzie mogli poczuć, że wchodzą do świata w którym ciągle się dzieje, a nie kolejny sklep ze zwykłymi rzeczami. To jest miejsce, które robi z ubioru zdarzenie.