Edward Linde-Lubaszenko

Z moim Mistrzem, profesorem i przyjacielem siedzieliśmy w październiku w 2023 roku w Klubie „Loża”. Smakując rozmawialiśmy o burzliwym życiu, twórczości i rozczarowaniach. Była to rozmowa, którą nagrywałem w celu archiwizacji wspomnień. Odtworzyłem ją dopiero po pogrzebie Edwarda. Z sentymentem wysłuchałem i spisałem w dwóch częściach. Wiele z tego o czym rozmawialiśmy nie nadaje się do publikacji – zachowam to dla siebie. Niektóre wypowiedzi złagodziłem. Życie Edwarda Linde-Lubaszenko nadaje się nie tylko na film, ale monumentalny serial. Nie znam drugiej osoby, która miała by tak bogaty życiorys pełen pęknięć, bólu, ale i radości. Dzieciństwo Edwarda przypadło na okres II wojny światowej. Młodość i wchodzenie w niedoszły zawód lekarza i aktora – czasy PRL, nagonki antysemickiej w 1968 roku. Dojrzałość to lata 90. kiedy wszystko z jednej strony zaczęło się „odmrażać”, a z drugiej było rozczarowaniem „Solidarności”. Kim był prawdziwy ojciec Edwarda, dlaczego jego syn Olaf jest Lubaszenko, choć tak naprawdę jest Linde. Ile Edward miał żon? Jakie miał życie? Dlaczego nie dostawał nagród? Nie da się opowiedzieć tego jednym wywiadem. Jest to też niedokończona, przerwana rozmowa, ale dzielę się z państwem tym, co mam. Z uważnością i pamięcią.

Piotr Sieklucki: Panie Edwardzie, czy pamięta pan, że 20 lat temu był pan
pierwszym mecenasem naszego Teatru?

Dobrze, że pan przypomniał, bo nie pamiętałem. Przychodząc tutaj do „Loży” nie chciałem robić afery, że gdzie czerwone dywany, szeroko otwarte drzwi, kwiaty. Ale cieszę się, że tak się teatr rozwinął.

Ale rozumiem, że pan nie pamięta sytuacji, kiedy stał się pan pierwszym mecenasem naszego teatru.


Takich szczegółów już nie pamiętam.

To ja przypomnę. Dwadzieścia lat temu wspólnie z Dominikiem Nowakiem – obecnym dyrektorem Nowego Teatru w Słupsku – i Anetą Wirzinkiewicz zrobiliśmy, jako studenci, w Alchemii spektakl „Griga obchodzi imieniny” wg Czechowa. Przyszła profesor Polony, obraziła się. Wręcz zwyzywała, że tak się Czechowa nie gra. Potem przyszedł Pan i w pięknym stanie baśniowym rzucił pan po pokazie na stół kilka tysięcy złotych, mówiąc, że to na drugą część spektaklu.

Wiem, że mieliście przykrość potem w Szkole Teatralnej. Ile dałem?

5 000 złotych. 20 lat temu to było sporo.
Dużo. Pewnie rano szukałem tych pieniędzy.

Tak było. Kończy pan 83 lata.
80.

Ma pan imponujący aktorsko – pedagogiczny dorobek. Czego pan żałuje?
To jest bardzo niezdrowe żałować czegoś. Trzeba być zadowolonym i cieszyć się z tego, co się zrobiło, bo to pozytywnie działa na organizm. Zachęca do dalszej pracy, bo wtedy wszystko, co zrobisz, jest wartościowe i ma cenę właśnie w oczach samego siebie. A jeżeli się żałuje, że nie zrobiłeś czegoś i na tym się koncentrujesz, to podkładasz życiu nogę.

Czyli niczego pan nie żałuje?
No może tego, że ożeniłem się tylko 4 razy.

A że zostawił pan medycynę na rzecz aktorstwa, nie żałuje pan? Lata pańskiej młodości to Wrocław i Akademia Medyczna. Zaliczył pan aż 6 semestrów.
Medycyna trochę zostawiła mnie. Miałem konflikt z pewną panią profesor, o której nie chcę mówić, a nie nazwiska nie wymienię. Czytała takie pisma antysemickie i powiedziała, że ja pasuje jej do czołowych syjonistów polskich… Tak więc przyczyniła się do wyrzucenia mnie.

Co medycyna panu dała?
Dała wyobrażenie o tym, czym jest zdrowie, czym jest człowiek. Dała mi bazę do tego, że przy tych swoich 80, czy tam 85 latach, daj Boże 100, czytam bardzo dużo o zdrowiu i mechanizmach organizmu. W mniejszym stopniu interesowało mnie zarabianie pieniędzy, bo wychowałem się w mało wymagającym środowisku i w okresie kiedy ludzie nie mieli takich luksusów jak teraz. Natomiast mieli proste marzenia, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć co włożyć do garnka, żeby mieć jakieś tam prawo. Pokolenie wojny do którego należę nie miało łatwo. Musiało pracować więcej, a to nie sprzyjało naszemu zdrowiu i długowieczności. Komfort życiowy to przede wszystkim nieszwankujący organizm. Jeżeli mnie boli wątroba, to mogę mieć miliardy i nadal boli mnie wątroba, bo jeśli tej ból wynika z choroby nieuleczalnej, to medycyna bywa bezradna. Kiedy studiowałem i chciałem być lekarzem chodziło mi o uświadamianie i ratowanie życia ludzkiego, nie o pieniądze. Musimy dbać o warunki w których żyjemy i o środowisko, a nie o luksusy.


Czyli dba pan o swoje zdrowie?

Ja szargałem swoje zdrowie wielokrotnie. Poddawałem je wielkim próbom. I ono wytrzymywało jakoś, o dziwo, te wszystkie próby /śmiech/. Teraz już nie narażam zdrowia, staram się o nie dbać. Obchodzenie się ze swoim organizmem – to jest wiedza i higiena. Sposób myślenia o sobie i swoim organizmie jest dla mnie niesłychanie ważny, a najważniejszy jest umiar. Mierz siły na zamiary.

A o Lubaszence się mówiło: ten to nie zna umiaru.
/śmiech/ No tak… ale ja przekraczałem „ich umiar” i ich wyobrażenia, jakie są jego granice. Wie pan, opowiadano o mnie po prostu niestworzone rzeczy, że jestem agentem SB i komuchem, i stosownie do tego się zachowywano. Często reżyserzy z tego powodu nie obsadzali mnie, czy nie otrzymywałem nagród na festiwalach. Mnie się nie lubiło, nie byłem z ich artystycznej stajni. Taka dyscyplinarka.

Pewnie nie raz stawał pod pan przed komisją dyscyplinarną, którą urządziły panu byłe żony?
I to jeszcze jak! Ale tak naprawdę nie myślę źle o kobietach, w ogóle wręcz przeciwnie, jestem ich orędownikiem. Oczywiście robię to z pozycji samotnego mężczyzny, pod względem małżeńskim oczywiście.

Urodził się pan 23 sierpnia 1939. W dniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Przewrotnie, ale i dosłownie Pana życie upłynęło pomiędzy Rosją a Niemcami z „rozebraną” Polską pośrodku. Czasy II wojny światowej. Pana Ojciec Julian Linde był niemieckim żołnierzem, Ojczym Mikołaj Lubaszenko, który pana wychowywał, radzickim żołnierzem. Matka – Polka. Później żona – Żydówka. Co za wybuchowa mieszanka!

Jestem mniejszością w mniejszości. Bardziej się nie da /śmiech/. Mama była powiązana z Mikołajem Lubaszenką, mój ojczym był oficerem Armii Czerwonej, czyli wojsk okupacyjnych. A mój ojciec Linde szukał swojego brata w tym czasie w Olsztynie. Były wtedy to Prusy wschodnie, a więc niemiecki teren. Ja byłem noworodkiem. Nic o jego istnieniu nie wiedziałem.


Kiedy pan poznał prawdziwego ojca?
Jak skończyłem 18 lat. Byłem na studiach medycznych. To był 1957. Dostałem wtedy list, który zaczynał się „Jestem pańskim ojcem”. Przez 18 lat czegoś się domyślałem, bo często ojczym wyzywał mnie „ty bajstruku”, mawiał, że jestem tu obcy. Mama mi nie powiedziała. Jak przeczytałem list, to miałem czarno na białym. Nie byłem więc Lubaszenko, a Linde. Skontaktowałem się z mamą. Potwierdziła mi. Pojechałem do niego, by poznać swojego ojca. Wieczorem była kolacja. Poznałem jego żonę, dzieci. Mało pytałem. Mało rozmawialiśmy. Wie pan, po wojnie były tak pokomplikowane losy ludzkie, że nie wypadało nikogo o nic pytać, co kto z kim, jak, dlaczego, czy te dzieci to jego dzieci? W ten sposób poznałem swojego ojca. Po prostu przyjąłem to do wiadomości i tyle. Poza tym, już było tak źle między mną a Mikołajem Lubaszenko, że to było jak wybawienie. Zaczął mi przesyłać pieniądze na studia.

To miał pan dochody.
Miałem dodatkowe źródło na „rozrywki” /śmiech/.

Ale nazwisko dopiero pan zmienił w latach 90.
No tak. Jak już można było to zrobić bezpiecznie.

Po co było zmieniać nazwisko z Lubaszenko na Linde?
Jak to po co?! Ja z tym Lubaszenko nie mam nic wspólnego. Facet, który mnie tłucze, bije i grosza na mnie nie płaci i wyrzuca mnie z domu, ja mam jego nazwisko nosić?! To zmieniłem na Linde.


Ale potem przywrócił pan Linde-Lubaszenko!
Bo z tego wynikać zaczęły wszystkie kłopoty. Czego pan nie rozumie?! Jadę gdzieś na festiwal witają mnie: „Panie Edwardzie, cieszymy się, że pan do nas przyjechał” . W salonach czekają dziewczynki, pytają o Pana Lubaszenko, ja odpowiadam, że jestem Linde. Wszyscy patrzą na mnie jak na oszusta! A w hotelu znany Lubaszenko pokazuje dowód, w którym jest napisane „Linde”. I muszę się każdemu tłumaczyć. Teraz też! Ile razy mam to tłumaczyć?

Już wyjaśnione. Pogadajmy o drugim pańskim domu. O SPATiF-ie.
Zaczęło się od Wrocławia. Tam był klub związków twórczych literatów, plastyków, muzyków, aktorów, artystów. Szerokie grono do picia. Mój udział w zarobkach tego klubu był znaczący. Bankietowało się tam do rana. W latach 60-tych Wrocław był ciekawszym miejscem kulturalnie niż Kraków. Wielki Teatr Polski ze wspaniałymi osiągnięciami, znakomity Teatr Lalek z międzynarodową sławą, pantomima, bardzo silny ruch studencki, m.in. Teatr Kalambur, Grotowski, itd. Byłem członkiem Teatru Kalambur. Wrocław to był dla mnie wspaniały czas. Potem za pewną kobietą wyjechałem do Krakowa… i wszystko zaczęło się w Krakowie! Kantor, Piwnica pod Baranami, Stary Teatr. A we Wrocławiu zaczęło stygnąć.


Tam gdzie Lubaszenko tam sława!

No tak!

Kolejna część wywiadu o Krakowie, SPATiF-ie, Teatrze Starym i Szkole Teatralnej w następnym biuletynie.