Katarzyna Chlebny: Sinead
„Nie będę golić głowy”
O pracy nad premierą o fenomenie Sinéad O’Connor z Katarzyną Chlebny,
reżyserką i odtwórczynią głównej roli, rozmawia Piotr Sieklucki.
Piotr Sieklucki: Dlaczego Sinéad?
Katarzyna Chlebny: Kobieta zbuntowana, charyzmatyczna, odważna, przekraczająca
granice, kontrowersyjna, poszukująca – z natury rzeczy staje się ciekawym obiektem
do analizy. Dla mnie to taka osobowość, która rozpala i pobudza wyobraźnię
i zmusza do poszukiwań tego, co w historii takiej jednostki staje się uniwersalne.
PS: W pracy jesteś dość wymagająca, apodyktyczna wręcz, bezwzględnie
wiesz czego chcesz i raczej nie pozwalasz na improwizacje. Najłatwiej więc
pracowałoby ci się z profesjonalistami „rzemieślnikami”, tymczasem w połowie
zrobiłaś obsadę z młodzieży studenckiej. Jaki w tym sens?
/śmiech/ No niestety taka jest prawda, że kiedy piszesz scenariusz, to już słyszysz
jak dana postać mówi, jak artykułuje swoje myśli, w jakim tempie, z jaką wysokością,
jak akcentuje, jak chrząka, to jest jak muzyka, która się komponuje w głowie. I
rzeczywiście – jeśli jako reżyser konsekwentnie idziesz za obrazem, który zobaczyłeś
pisząc – to starasz się go egzekwować. Do tego spektaklu zaprosiłam zawodowych,
wspaniałych aktorów: Martę Bizoń, Dominika Nowaka, Łukasza Szczepanowskiego,
ale z wielką radością witam na pokładzie studentów: Brygidę Ponikiewską, Barbarę
Frencer, Laurę Szewczyk, Igora Widomskiego, Jakuba Kowalskiego i Danilla
Strilchyka. Oni mają jeszcze ten szkolny nawyk słuchania Pani, więc może będzie
łatwiej. Na scenie w roli DJ- wystąpi także Paweł Harańczyk, który odpowiada za
oprawę muzyczną spektaklu.
Sama piszesz i układasz scenariusze, nie kusi cię wielka literatura?
Wielka literatura to wielka odpowiedzialność. Moje opowieści są mniej
zobowiązujące, to zawsze historie, które rodzą się z mojej wyobraźni, one mi się
same w głowie tworzą – z jakichś śladów, kodów, przeżyć, bajek, snów, to się rodzi
jako mój świat, ma jakiś wsobny język, to zawsze jest moje i nie próbuje udawać
innego. To jest dla mnie bardziej organiczne niż próba stwarzania świata z wielkiej
literatury – szczególnie, kiedy gram w tym swoim świecie. Wiesz – ja bardzo chętnie
przejmę rolę Lady Mackbet – jeśli ktoś by mnie w niej zobaczył… i czekam na to z
nadzieją, zanim będę zmuszona sama to sobie wyreżyserować. Tak że, Piotrze,
obsadzaj! W przyszłym roku akademickim obejmuję opiekę nad dyplomem
Studentów Uniwersytetu Frycza Modrzewskiego i rzeczywiście rozpalił się we mnie
pomysł sięgnięcia po klasykę. Będzie to „Balladyna” w wersji muzycznej. I jestem
niezmiernie podekscytowana tym, co mi się tam uroiło.
Co w świecie Sinéad jest najbardziej zaskakujące?
Dla mnie zawsze interesujące są pęknięcia. I tu także. Wyrywy, niemoce, pustki,
których nie da się wypełnić. Ciekawe, że zanim sięgnęłam po literaturę, zanim
zgłębiłam jej historię, postrzegałam Sinéad jako pełną siły i charyzmy buntowniczkę,
a im dalej w las tym więcej drzew wysuszonych, połamanych, odartych z kory.
Kory. Zabawa słowem. Ale Sinead jest tak inna, mimo podobnych przeżyć, tak odarta
ze wszystkiego, co stanowiło siłę Kory. Myślę, że to zupełnie inne osobowości i to dla
mnie też jest bardzo kuszące.
Jak to się stało, że „wygrałaś” casting na Sinéad? Dlaczego ty?
Myślę, że z tego samego powodu, dla którego Ty grasz Ryśka i Kazika, a ja Korę i
Demarczyk. Kochamy grać. Ja, żeby móc grać muszę sama sobie napisać, a i
wyreżyserować spektakl, bo nikt mnie nie chce. Kiedyś strasznie płakałam, że nikt
mnie nie obsadza, więc z braku laku znalazłam na to taki sposób. Polecam!
Zbliżasz się fizycznie do pierwowzoru, jak zrobiłaś to przy Korze, czy raczej
budujesz ją inaczej, jak przy Demarczyk?
Nie będę golić głowy. Bo każdy o to pyta. Więc nie zbliżę się tak bardzo. Nie jest tu
też dla mnie to podobieństwo na tyle istotne. Kora była tak charakterystyczna w
mowie, ruchu, głosie – tak znana każdemu, że wcielenie się w nią w pełni było
ogromną pokusą i to w jakiś sposób działa. Wśród współczesnej publiczności Sinéad
nie jest tak rozpoznawalna. Wiadomo, że śpiewała „Nothing Compares 2 U” i że
podarła wizerunek Papieża. Jej wizerunek nie jest aż tak istotny. No była łysa. Ale nie
to stanowi clou.
W scenariuszu jest dużo na temat Kościoła Katolickiego. Gniewasz się na
Kościół? Na JPII?
Gniewam się na hipokryzję, ale w spektaklu jestem dla Kościoła delikatna – jak na
mnie – wręcz subtelna. Staram się nie powielać ataku Sinéad, nie dawać oceny, dać
głos tym, którym ona głos dać pragnęła, może trochę rozbawić, przekłuć czasem
balon… a czasem napompować go jakimś szaleństwem aż pęknie. Więc ten spektakl
nie jest o Kościele. Jest o potrzebie miłości.
Kora – twój wielki sukces a może przekleństwo? Widownia czeka na „taki sam
strzał”… Ja też (śmiech). Czujesz presje?
Nie…
Podróżujesz często do Londynu pooglądać musicale. Szukasz Kasiu
inspiracji? Podglądasz? Zazdrościsz?
To są zupełnie inne przeżycia. To rozrywka. Jak wyjazd do SPA albo do Energylandii.
Ale nie koniecznie jest to przeżycie duchowe. Natomiast bardzo często zachwyt.
Kiedy parę lat temu pierwszy raz siadłam na widowni na West Endzie w pierwsze 30
sekund zalałam się łzami jak dziecko!!! To był „Upiór w Operze”, a ja płakałam ze
wzruszenia nad jakością dźwięku! Po spektaklu biegałam po widowni i robiłam
zdjęcia głośników! I liczyłam ile jest! Jak małe dziecko, które idzie do bogatych
sąsiadów, co mają wujka w Ameryce – takie mam wspomnienie z dzieciństwa – do
sąsiadów przyszła paczka ze słodyczami. I zaprosili dzieci z bloku na poczęstunek.
Przyszłam do domu i płakałam dlaczego nie urodziłam się u Choroszyńskich! Ale
cieszę się w duchu, że urodziłam się u Chlebnych i cieszę się, że pomieszkuję w
Twoim domu, mimo, że wujek z Ameryki nie podsyła nam paczek z czekoladą i
głośnikami!
Jesteś szczęśliwa? Masz marzenie?
Jestem szczęśliwa. Nie mam marzeń…no może, żebyśmy żyli długo i szczęśliwie.
My wszyscy.
Tego ci życzę. Dziękuję za rozmowę.